Z powodu koronawirusa zrezygnowano z Dnia otwartego Akademii Muzycznej w Krakowie. Jeśli ktoś chce się ze mną umówić na próbną, bezpłatną lekcję to jest to możliwe również poza uczelnią: w Zabrzu lub Katowicach - np. w kwietniu lub maju - kiedy trochę tylko uspokoi się sytuacja.
wtorek, 10 marca 2020
wtorek, 3 marca 2020
Wciąż o systemie szkół muzycznych. I trochę o szlifowaniu pereł.
Wydaje się, że ścierają się obecnie w Polsce dwie przeciwstawne
koncepcje funkcji szkolnictwa muzycznego. Podobnie jak ma to miejsce
w wypadku polityki poglądy są tu wyraźnie spolaryzowane; warto
jednak zaznaczyć, że przynależność do jednej lub drugiej grupy
nie wydaje się być uwarunkowana sprzyjaniu tej czy innej partii
(być może jakaś korelacja jest, ale badań w tej dziedzinie nie
zamierzam prowadzić :-) ). To dyskusja między zwolennikami szkoły
jednoznacznie zawodowej, profesjonalnej z jednej strony i szkoły
stawiającej sobie za cel raczej upowszechnianie muzyki w
społeczeństwie z drugiej.
Zanim zapuszczę się
głębiej w analizę zjawiska muszę powiedzieć, że uważam oba
podejścia – w ujęciu dogmatycznym – za błędne. Wielokrotnie
podkreślałem, że uważam istnienie sieci szkół muzycznych za
ogromną wartość – tak dla przyszłych profesjonalnych muzyków,
jak dla późniejszych melomanów czy muzyków amatorów. Sądzę, że
szkoły muzyczne z powodzeniem mogą spełniać obie te funkcje. Może
warto byłoby się zastanowić nad lepszymi sposobami pomocy uczniom
o specyficznych potrzebach?
Koncepcję szkoły
profesjonalnej w bardzo obrazowy sposób przedstawiają niektóre
oficjalne dokumenty przytaczane i w niniejszym blogu, i w dyskusji
internetowej. Szczególnie chwytliwie brzmi tu określenie:
„szlifowanie pereł” i oczywiście mocno krytykowana
„przechowalnia dla nadwrażliwych dzieci” (którą szkoła
muzyczna być podobno nie powinna).
To pierwsze
stwierdzenie w doskonały sposób ukazuje brak orientacji
pedagogicznej. Dla nie-pedagoga wydaje się, że praca z uczniem
wybitnie zdolnym to pasmo sukcesów i satysfakcji. Każdy
doświadczony nauczyciel wie jednak, że prowadzenie ucznia wybitnie
zdolnego, bywa prawdziwym wyzwaniem, czasem nawet męką. W
szczególności dotyczy to tzw. naturszczyków; uczniów, którzy
trudne wyzwania wykonują z łatwością niedostępną dla
nauczyciela. Przekonanie naturszczyka do regularnej pracy, która
pomoże mu efekt 98% doprowadzić do stanu 100% - pełnej satysfakcji
dla słuchacza– jest często prawie niemożliwe. Brak tu
satysfakcji z pokonania własnych ograniczeń i słabości. Na domiar
złego nasze szkoły (nie tylko chyba muzyczne) często przyklejają
takiemu uczniowi łatkę gwiazdy, która stopniowo staje się
ogromnym obciążeniem. Ewentualne niedoskonałości i błędy są
tuszowane bądź bagatelizowane (jest taki zdolny, że następnym
razem się nauczy, dziś nie miał dnia itp.). De facto uczeń żyje
z brzemieniem oczekiwań środowiska, a z własnymi problemami (o
których nieczęsto mówi na zewnątrz, gdyż nie współgrają one z
wykreowanym obrazem) pozostaje sam. Wytyczenie takiemu uczniowi
ambitnych, a jednocześnie realistycznych celów, umiejętność
utrzymania motywacji, wstrzelenie się w jego prawdziwe potrzeby jest
prawdziwym wyzwaniem.
„Szlifowana perła”
często błyszczy w szkole i jej otoczeniu (konkursy, przesłuchania).
Kiedy wypływa na głębokie wody często zatapiana jest przez
pierwsze niepowodzenie, do którego nikt jej nie przygotował.
Prawdziwym sukcesem widać tu niestety dopiero po latach; a bieżące
sukcesy są czasem bardzo zwodniczą promesą.
Chęć sprowadzenia
edukacji muzycznej do „szlifowania pereł” to w moim głębokim
przekonaniu również eufemistyczne określenie dezercji
pedagogicznej. Wielu nauczycieli o pewnej pozycji – tak na poziomie
szkolnym, jak akademickim – wybiera sobie do klas naturszczyków i
osoby wybitnie zdolne, rezygnując z osobowości ciekawych, ale
nieoczywistych. Jedna ze znanych mi osób chwaliła się bez ogródek
tym, że wszyscy jego podopieczni znaleźli pracę w renomowanych
orkiestrach. Z racji swojej pozycji była jednak w stanie tych,
którzy sprawiali jakiekolwiek problemy ekspediować do innych osób
znajdujących się niżej w hierarchii i bezlitośnie potem niszczyć
na egzaminach.
Z mojego punktu
widzenia, mijamy się tu z istotą pedagogiki, którą jest
wspieranie ucznia w jego rozwoju niezależnie od punktu wyjścia.
Wracając do kwestii
uczniów super-zdolnych warto zauważyć, że tak naprawdę nie mamy
im często wiele do zaoferowania. Być może ci, którzy mają
potencjał i ambicje wygrywania konkursów zasługiwaliby na
dodatkowy system wsparcia technicznego. Ostatnio rozmawiałem z panią
Marią Dymnikową o systemie korepetytorskim rozpowszechnionym w
Rosji (o tej rozmowie wkrótce napiszę więcej), w którym „główny”
nauczyciel czuwa nad ogólnym rozwojem, natomiast „korepetytor”
(rodzaj osobistego coacha) może poświęcić uczniowi wiele czasu
tygodniowo ucząc go umiejętności efektywnego ćwiczenia,
rozwiązując konkretne problemy techniczne (trochę wchodzimy tu w
świat „sportowej” pianistyki). Tego typu uczeń nastawiony na
sportową eksplorację obszaru muzyki może zatem otrzymać wsparcie
psychologiczne, psychofizyczne, fizjoterapeutyczne itp. To też
bardzo specyficzny problem obszaru pianistycznego ...
Duża część
uczniów, która moim zdaniem, często nie znajduje odpowiedniego
wsparcia, to uczniowie zdolni i wrażliwi, z pewnymi – możliwymi
do rozwiązania – problemami technicznymi. Oczywiście dla takich
nie będzie miejsca w szkole, która nie chce być „przechowalnią
dla nadwrażliwych”. Perła czy różne perły zdolności i
umiejętności mogą się u nich ujawnić w sprzyjających
okolicznościach. Ważne, aby trafili na nauczyciela, który rozumie,
że uczeń może mieć różne problemy i pytania, a ich
rozwiązywanie jest treścią edukacji. Nie sprawdzi się tu zatem
ani nauczyciel-naturszczyk (chyba, że będzie miał na tyle rozumu,
aby poprosić o wsparcie pedagogiczne w rozwiązaniu jakiegoś
konkretnego problemu!), ani nauczyciel – niezrealizowany wykonawca,
dla którego uczenie jest źródłem frustracji.
Jeszcze raz
podkreślę, że za ogromny błąd uważam oczekiwanie, że z ucznia
o naturalnych zdolnościach po drobnym oszlifowaniu automatycznie
wyrośnie gwarantujący pasmo sukcesów wirtuoz. Żadna szkoła nie
jest w stanie przewidzieć tego, co w dalszym życiu ucznia się
wydarzy, jakie będą jego własne priorytety, jak rozwinie się
rynek muzyczny, a bardziej górnolotnie cywilizacja. Przekonanie o
automatyzmie tego procesu to prosta recepta na klęskę.
Zatem zamiast
stawiać dogmatyczne programowe definicje czym szkoła ma lub nie-ma
być starajmy się po prostu dobrze uczyć w przyjaznej atmosferze.
Muzycznym „sportowcom” zapewnijmy odpowiednie wsparcie, tym,
nastawionym bardziej na kameralne muzykowanie – możliwości
współdziałania w zespołom. Słabeuszom pokażmy drogę
rozwiązania niektórych przynajmniej problemów. Nie etykietujmy. To
nie powinno polegać na tworzeniu lepszych i gorszych szkół,
lepszych i gorszych uczniów. Granice między wspomnianymi przeze
mnie grupami powinny być płynne; ktoś o przeciętnych – na
pierwszy rzut oka – walorach technicznych – może odkryć w sobie
predyspozycje konkursowe w nieoczekiwanym momencie, zaś uczeń
„konkursowy” może mieć gorszy okres i potrzebę wycofania się
na chwilę z wyścigu szczurów.
I pamiętajmy …
miarą naszego sukcesu nie jest to, że uformowaliśmy ucznia na
własny obraz i podobieństwo! Jeśli ta nasza muzyka stanowiła
tylko etap w jego życiu, który wpłynął na jego myślenie,
wrażliwość, twórcze rozwiązywanie problemów to jest to nie
mniejszy sukces niż wychowanie odnoszącego sukcesy na salach
koncertowych świata wirtuoza.
Ale – przyszłym
wirtuozom – nie zamykajmy też drogi, głosząc, że szkoły
muzyczne służą li tylko umuzykalnianiu.
niedziela, 1 marca 2020
Krótka historia sonaty. Agata Meissner i Mateusz Kawa w Fortepianarium 1 marca
Bardzo ciekawa opowieść o bardzo różnych utworach, które łączy nazwa "sonata".
Od najwcześniejszych przykładów gatunku takich jak wykonana przez Agatę Meissner na maleńkim szpinecie (to nasz instrument wykonany pod kierunkiem Johanna Gottfrieda Schmidta) sonata Ave maris stella Gioanopietro del Buono poprzez XVIII-wieczne sonaty klawesynowe Giovanniego Benedetto Plattiego (ten kompozytor jest coraz częściej przez klawesynistów wykonywany) i Domenica Scarlattiego. Tę część programu Agata Meissner wykonała na klawesynie wirginałowym, eksponując fantazyjne najrozmaitsze kombinacje barwne możliwe do osiągnięcia na tym instrumencie.
Mateusz Kawa rozpoczął klasycznie sonatą Mozarta, a zakończył niezwykle wirtuozowsko Fantazją - sonatą "Po lekturze Dantego" Liszta. Fascynująca była ilość kolorów wyczarowanych przez pianistę z instrumentu, przy czym to umiłowanie do poszukiwania barw widoczne było zarówno w Liszcie, w którym jest to jeden z głównych środków wyrazowych, jak i w sonacie Mozarta. To chyba pierwszy raz kiedy fortepian Seilera (instrument z 1902/3 roku) został wykorzystany w pełni solowo. Ogromnie się cieszę, że został tak wszechstronnie zaprezentowany!
Agata Meissner opowiedziała publiczności o wykonywanych utworach.
czwartek, 27 lutego 2020
Kilka refleksji o przesłuchaniach CEA
Kolejna facebookowa burza po drugim artykule pani Szyłło. Tym razem
na celowniku znalazły się organizowane przez CEA przesłuchania
uczniów, autorka publikuje tekst pod chwytliwym tytułem
„Mistrzowska szkoła muzyczna upokarza. Setki uczniów trzęsą się
przed przesłuchaniami w ministerstwie” Ten tytuł to kolejna gruba
manipulacja – przesłuchania nie odbywają się przecież w
ministerstwie, organizują je wytypowane szkoły. Formuła sprawia,
że nie dla wszystkich jest to zapewne doświadczenie przyjemne;
niemniej epatowanie „setkami” spanikowanych uczniów w tytule
jest również sporym nadużyciem.
Poniższy tekst nie
jest polemiką z tym artykułem. Z dwóch powodów. Po pierwsze:
dopóki pani Szyłło nie przeprosi osób i instytucji, na których –
korzystając z wygodnej osłony „Gazety Wyborczej” - dokonała
medialnego linczu w pierwszym artykule, nie jest partnerką do
rozmowy. Pani Szyłło nie posiada zdolności honorowej, aby taką
dyskusję prowadzić czy inicjować. Pani Szyłło – nieprawdziwie
przedstawiając sytuację w Zespole Szkół Muzycznych nr 4 –
wzięła na zakładników swojej sprawy dzieci; w zabłoconych butach
wtargnęła w sytuację trudną rzucając oszczerstwa i pomówienia.
To niebywała podłość, za którą powinna przeprosić i „Gazeta
Wyborcza” nie poczuwająca się chyba jednak do odpowiedzialności
i rzetelności w tego typu małych, z punktu widzenia wielkiej
polityki, sprawach (prośbę o przyjrzenie się rzetelności
dziennikarskiej skierowałem do redakcji, pozostała ona bez
odpowiedzi...)
Drugi powód jest
taki, że nie jestem zwolennikiem ani przesłuchań (przynajmniej w
obecnej formie), ani miłośnikiem urzędniczej kontroli
ministerialnej (publiczne chełpienie się „rozwaleniem” jazzu i muzyki dawnej
w szkołach). Jestem też gorącym zwolennikiem wspierania szkół
muzycznych w mniejszych ośrodkach jako lokalnych ośrodków kultury.
Te trzy – potrzebne skądinąd wątki i wskazanie na bolączki
systemu – pojawiają się w drugim artykule pani Szyłło (autorka
wczytała się w dyskusję w mediach i większość treści podebrała
stamtąd próbując udawać osobę zorientowaną) i można się z
nimi zgodzić.
Tocząca się
dyskusja ujawniła bardzo mocny sprzeciw wielu nauczycieli w stosunku
do instytucji przesłuchań. Krytykowana jest tu przede wszystkim
obligatoryjność; wymuszanie przez CEA przysyłania uczniów z
obejmującego obowiązek rocznika niezależnie od ich aktualnej formy
i poziomu. Ogromny sprzeciw budzi też pomysł urzędników, że są
władni i kompetentni (powołując się oczywiście na opinie
zaproszonych ekspertów, często profesorów i wykładowców
akademickich) aby w ten sposób oceniać wartość pracy nauczycieli.
Oczywiście, na podstawie krótszego lub dłuższego przesłuchania
jednego z uczniów, niekoniecznie tego najlepszego, trudno dokonać
sensownej oceny; łatwo natomiast skrzywdzić dobrego i oddanego
pedagoga, któremu akurat trafił się mniej zdolny bądź mniej
pracowity uczeń. Bądź uczeń miał trochę gorszy dzień… Wydaje
się, że mentalność polegająca na wierze w to, że uczenie to
wlewanie do głowy (rąk) wiedzy i umiejętności trzyma się mocno
...W najbardziej ekstremalnej formie, z jaką się spotkałem
polegało to na całkowitej rezygnacji z jakichkolwiek elementów
współzawodnictwa konkursowego i zmuszeniu jurorów przesłuchań do
redagowania ocen opisowych. Te opinie miały z kolei trafić na
odpowiednie biurko, gdzie wybierano z nich zapewne co smakowitsze
kąski, które,następnie, lądowały na biurkach dyrektorów szkół
… itd. ...
Sądzę, że owa
wątpliwość czym mają być przesłuchania – konkursem dla
uczniów czy batem na nauczycieli – jest jedną z przyczyn złej
opinii środowiska na temat tego przedsięwzięcia (w zależności od
aktualnych trendów przesłuchania czasem skłaniają się bardziej
stronę konkursu, czasem bardziej w stronę kontroli urzędniczej)
Wbrew pozorom
koncepcja konkursu jest chyba bardziej uczciwa i przynosi lepszą
informację zwrotną. Ot, konkurs, którego wyniki dają nam
informację o tym jak dany uczeń jest postrzegany przez tę
konkretną komisję (każda komisja oceni trochę inaczej, jesteśmy
na gruncie sztuki, nie do końca wymiernej). Konkurs nie rości sobie
prawa do pseudo-obiektywizmu, werdykt nie jest tu usankcjonowanym
przez ministerstwo wyrokiem, a jedynie opinią podpisaną imiennie
przez członków jury. Dodatkowe doświadczenie dla ucznia i
nauczyciela.
Postaram się teraz
zagrać rolę advocatus diaboli i
zastanowić się krótko czy i pod jakimi warunkami koncepcja
przesłuchań miałaby, moim
zdaniem, sens.
Wydaje
się, że najbardziej cennym
elementem stworzonej przez
CEA formuły przesłuchań
może być walor spotkania – spotkania nauczycieli akademickich ze
szkolnymi, spotkania nauczycieli różnych ośrodków między sobą,
spotkania uczniów …Wydaje mi się, że rola
CEA powinna ograniczyć się
do stworzenia przyjaznej
przestrzeni dla takiego spotkania, używanie
tej formuły dla zbierania raportów (paradonosów) jest niewskazane.
Kluczem jest tu stworzenie
odpowiednich warunków czasowych dla tego, aby rozmowy mogły się
odbyć. Pamiętam już
przesłuchania, w których uczniowie zagrali, przewodniczący
jury wygłosił myśl, że wiele osób grało brzydko, następnie
była chwila (nie za długa) na zredagowanie owych wspomnianych
przeze mnie paradonosów, a uczniowie i ich nauczyciele już dawno
byli w drodze
do domu.
Myślę,
że należy też odejść od koncepcji sprawdzania wszystkich uczniów
i obligatoryjnego wysyłania.
Warto pokazywać tych, którzy z takiego spotkania są w stanie
wynieść coś pozytywnego. Jedni
są bardziej, inni mniej utalentowani i żadne
urzędnicze działania tego nie zmienią. Za
to osobisty kontakt z krytyką wyrażoną przez przedstawiciela
innego środowiska może być konstruktywny. Pod warunkiem, że nie
staje się dowodem w działaniach mających na celu wzięcie w ryzy
kogokolwiek. Nie ma też potrzeby pozbywania się za wszelką cenę
trochę mniej zdolnych uczniów; szkoła, w której są wyłącznie
gwiazdy może dać zafałszowany obraz rzeczywistości i mamić
ucznia złudną wizją bliskiego sukcesu, który w realnym życiu
zależy od wielu czynników. Zaufajmy
jednak trochę doświadczeniu
nauczycieli i dyrektorów, którzy podejmują decyzje w sprawie być
lub nie być w danej szkole
uczniów.
Zaufajmy sobie trochę
nawzajem i nie kontrolujmyż się na każdym kroku!
Może
więc warto nie wylewać dziecka z kąpielą i starać się
wykorzystać stworzone i stwarzane ramy organizacyjne dla działań
integracyjnych? To pewnie trochę utopia; wiem z własnego
doświadczenia, że urzędnicy CEA często przyjeżdżają z gotowymi
rozwiązaniami i stawiają jurorów przed dokonanym faktem takiego, a
nie innego przeprowadzenia przesłuchań. Sądzę jednak, że zanim
zaczniemy demontować system warto spojrzeć w stronę utopii i
próbować napełniać go wartościami. Zbyt dużo rzeczy w Polsce
dzieje się na zasadzie burzenia rzeczy działających i zmieniania
co 5 minut i na 5 minut całego systemu. Zanim zaczniemy się
zastanawiać „czy?” zastanówmy się nad „jak?” i „czy
możemy to zrobić trochę inaczej?”.
Ale,
jak już napisałem, fanatycznym obrońcą przesłuchań nie jestem. Pożegnam się z nimi bez żalu. Chyba, że uda się wpisać w ideę przesłuchać nową treść; przyjazną i korzystną dla uczniów i nauczycieli.
czwartek, 13 lutego 2020
Wystawa plenerowa "Zanim upadł mur..." w Berlinie
Pomysł dobry na pierwszy rzut oka; upowszechnienie wiedzy o tym, że upadek muru berlińskiego poprzedziły wydarzenia w Polsce - pierwszym kraju, który zerwał komunistyczne pęta.
Idea wystawy jest tak opisana na facebookowej stronie ambasady polskiej :
Idea wystawy jest tak opisana na facebookowej stronie ambasady polskiej :
Otwarcie wystawy „Zanim upadł Berliński Mur…”,
Wicemarszałek Sejmu RP, Małgorzata Gosiewska, Ambasador RP w Niemczech, prof. Andrzej Przyłębski oraz Marta Morawiecka, córka Kornela Morawieckiego – założyciela Solidarności Walczącej, otworzyli dziś (1 grudnia 2019 r.) w Berlinie wystawę plenerową „Zanim upadł Berliński Mur…”, upamiętniającą zmarłego 30 września 2019 r. Kornela Morawieckiego oraz przedstawiającą historię Solidarności Walczącej.
Wystawa jest prezentacją wielkoformatowych zdjęć ilustrujących walkę Polaków z komunistycznym reżimem w stanie wojennym i latach 80. XX wieku, ze szczególnym uwzględnieniem działań Solidarności Walczącej. Jej głównym celem jest ukazanie międzynarodowemu odbiorcy roli Polski i Polaków w demontażu żelaznej kurtyny.
Czy da się jednak opowiedzieć o wydarzeniach w Polsce ograniczając aktorów tych wydarzeń do postaci Kornela Morawieckiego. Fałszerstwo ambasady doskonale oddaje poniższy obraz :
Można założyć się, że oglądający wystawę Niemiec nie odróżni walczącej "Solidarności" od "Solidarności Walczącej". Tym samym, przyswoi sobie informację, że przewodniczącym "Solidarności" (tej "glównej") i jedynym wielkim opozycjonistą w Polsce był Kornel Morawiecki.
A może jednak zwróci uwagę, że brak tam nazwisk, które kojarzy z polską drogą do demokracji?
Oczywiście, ambasadzie, która wykorzystuje podobieństwo nazw dwóch różnych - tak pod względem przyjętej metody walki, jak i znaczenia - organizacji trudno cokolwiek oficjalnie zarzucić. To podłość i małość, która nie podlega (nawet w warunkach kraju demokratycznego) ściganiu.
Nazwisk innych znaczących postaci polskiej opozycji, którzy swą działalnością doprowadzili do tego, że mógł upaść mur oczywiście nie znajdziemy ...
Oczywiście.
Ogromny smutek, że właśnie ambasada polska w stolicy naszego największego partnera, kraju, który był adwokatem przyjęcia Polski do Unii Europejskiej, zajmuje się czymś takim. Z drugiej strony, nawet się już chyba nie dziwimy ...
Wystawa, która jest dumą polskiej ambasady, to kulturowa żenada i powód do wstydu. Niestety.
poniedziałek, 3 lutego 2020
Mały urywek z Facebooka. Ważny punkt w dyskusji
Na stronie Centrum Edukacji Artystycznej dostępny jest tekst "Rola szkoły artystycznej XXI wieku" , a w nim : "szkoła muzyczna to nie klub dla delikatnych dzieci". Zapamiętajcie to rodzice, zanim poślecie swoje zdolne i wrażliwe dzieci do szkoły muzycznej.
Violu, bardzo celny strzał! Brawo! To, co prawda konspekt wykładu; ważne było to, w jaki sposób to hasło było tłumaczone. Jeśli jednak autor rozumie to, na co wskazujesz, dosłownie, to jest to bardzo dalekie od mojej koncepcji szkoły artystycznej, którą uważam za szkołę, która powinna wspierać wartości humanistyczne, kreatywność, wrażliwość. Skuteczność "sportową" zaś u tych, którzy ją mają lub u których można ją wypracować, jednak nie kosztem wrażliwych, a mniej odpornych. Bardzo chciałbym to jasno wyartykułować, w tym punkcie na pewno się zgadzamy!
Przyjaciołom pianistom. Ciąg dalszy sporów.
Przyznam się, że do napisania
tego posta (dawniej się to nazywało felietonem) zainspirowały
mnie facebookowe wpisy pana Konrada Skolarskiego. Choć z wieloma
tezami się nie zgodziłem, to jednak ogromnie ważne wydało mi się
zwrócenie uwagi, na różnice wymagań i presji wywieranej na ucznia
w wypadku różnych instrumentów. W wielu wypadkach młodzi pianiści
podlegają obciążeniu o znacznie bardziej „sportowym”
charakterze niż adepci wielu innych instrumentów.
Dla
wielu też, ów sportowy aspekt fortepianu, stanowi nieco zbędny
balast. Fortepianu uczą się dlatego, że jest to instrument
akordowy, pozwalający na objęcie skomplikowanych struktur
muzycznych, otwierający drogę np. do dyrygentury, kompozycji,
teorii muzyki … a czasem fortepianu jazzowego, fortepianu
historycznego, kameralistyki, klawesynu, organów.
Mam
wrażenie, że bardzo krytyczne opinie pana Skolarskiego dotyczące
nauczycieli (chyba właśnie fortepianu) mogą mieć źródło w
osobistych doświadczeniach, może nawet podobnych do tych, o których
Państwu zaraz napiszę. Moja pierwsza nauczycielka fortepianu
(„dziecięciem będąc … siedem wiosen mi było…)
autorytatywnie stwierdziła: „On nigdy grał nie będzie”
(SMILE). Potem z kolei, zetknąłem się również z narzekaniami
60-letniej nauczycielki na 8- czy 9-letniego chłopca: „To jest
dzieciuch”. Myślę, że – obecna wśród niektórych
nauczycieli/ek fortepianu egzaltacja i oczekiwanie, że dziecko na
samym początku drogi będzie wykazywało się wrażliwością do
grania muzyki „wysokiej”, śmiertelnie poważnej, a przede
wszystkim Chopina na sposób akademicko-rzewny, zawsze bardzo mi
przeszkadzała. Myślę, że takie podejście – na szczeście coraz
rzadsze – potrafi naprawdę zamknąć drogę do fortepianu. Mnie
zniechęciło i dopiero atmosfera panująca w klasie organów (ale
może ja wtedy nie dojrzałem jeszcze do fortepianu, może to była
ta klasa, ten moment…) otwarła mi ponownie drzwi do świata
muzyki. A fortepian „zaakceptowałem” ponownie po wielu latach.
Warto
jednak uzmysłowić sobie pewien istotny fakt. Duża część
repertuaru granego dziś przez młodych pianistów to utwory napisane
na zupełnie inne instrumenty; przyjaźniejsze dla ręki niż
koncertowy pokryty czarnym lakierem na wysoki połysk dwu i
półmetrowy potwór! Zagranie lekkiego Mozarta, tanecznego bądź
polifonicznego Bacha na czymś takim to naprawdę ciężka praca.
Łatwiejsza kiedy zna się zamierzony przez kompozytora efekt
brzmieniowy, wymagająca jednak umiejętności obejścia
nieprzyjaznej i po prostu niedopasowanej do ręki dziecka mechaniki.
Tu trzeba dobrego pedagoga … albo świadomego doboru przyjaznego
instrumentu! (myślę, że zaczynanie przygody z fortepianem od
lekkiego modelu w typie osiemnastowiecznych fortepianów naprawdę
nie byłoby głupim pomysłem!)
W
każdym razie, mnie osobiście pewien powrót do fortepianu
(umiejętność zrozumienia o czym ten fortepian w ogóle jest) zajął
kilka dziesiątek lat drogą okrężną przez klawikord i fortepian
historyczny.
Moje
pogodzenie się ze „światem pianistów” to również kontakt ze
środowiskiem pianistycznym w charakterze konsultanta problemów
wykonawczych muzyki XVIII wieku i przyjaźń z wybitnymi pianistami –
pedagogami, którzy ukazali mi świat przyjaznego i mądrego uczenia;
przede wszystkim Pawłem Skrzypkiem i Mariuszem Tytmanem.
Nie
piszę tego wszystkiego jednak po to, aby rzucać oskarżenia. Trochę
też przesadzam i przejaskrawiam moje przeżycia. Jednak, co fakt to
fakt! Zdominowana przez konkursy kariera pianisty-sportowca nie jest
dla wszystkich!
Fortepian
zaś powinien być prowadzony pod kątem zróżnicowanych potrzeb;
nie tylko przyszłych pianistów.
Może
uzasadnione byłoby już na etapie szkół średnich pewne
profilowanie specjalizacji: fortepian „wyścigowy” (oficjalna
nazwa : profil solowo-wirtuozowski), fortepian z elementami
improwizacji i kompozycji, fortepian z elementami muzyki jazzowej.
Pewnie wielu nauczycieli dla własnych potrzeb dokonuje takiej
weryfikacji potrzeb i indywidualizacji programów. Ciekawe gdyby
jednak połączyć np. w wypadku fortepianu + kompozycji +
improwizacji połączyć pracę 2-3 specjalistów bądź znaleźć
multispecjalistę siedzącego okrakiem między wąskimi
przypasowaniami.
Warunek:
to musiałaby być praktyka wykluczająca szufladkowanie (Jesteś za
słaby na konkursy, idziesz na specjalizację dla gorszych), a
przechodzenie między profilami musiałoby być w miarę płynne (bo
przecież ktoś może chcieć spróbować sił na konkursie bądź
rozwinąć się technicznie, a może odwrotnie: odkryć w sobie ducha
kompozytora i dojść do wniosku, że konkursy to zbyt duża dawka
stresu).
Ciekawe
co na to pianiści. Rzucam pomysł, może kiedyś gdzieś w jakiejś
formie zakiełkuje.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



