Pokazywanie postów oznaczonych etykietą xanax. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą xanax. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 27 lutego 2020

Kilka refleksji o przesłuchaniach CEA


Kolejna facebookowa burza po drugim artykule pani Szyłło. Tym razem na celowniku znalazły się organizowane przez CEA przesłuchania uczniów, autorka publikuje tekst pod chwytliwym tytułem „Mistrzowska szkoła muzyczna upokarza. Setki uczniów trzęsą się przed przesłuchaniami w ministerstwie” Ten tytuł to kolejna gruba manipulacja – przesłuchania nie odbywają się przecież w ministerstwie, organizują je wytypowane szkoły. Formuła sprawia, że nie dla wszystkich jest to zapewne doświadczenie przyjemne; niemniej epatowanie „setkami” spanikowanych uczniów w tytule jest również sporym nadużyciem.
Poniższy tekst nie jest polemiką z tym artykułem. Z dwóch powodów. Po pierwsze: dopóki pani Szyłło nie przeprosi osób i instytucji, na których – korzystając z wygodnej osłony „Gazety Wyborczej” - dokonała medialnego linczu w pierwszym artykule, nie jest partnerką do rozmowy. Pani Szyłło nie posiada zdolności honorowej, aby taką dyskusję prowadzić czy inicjować. Pani Szyłło – nieprawdziwie przedstawiając sytuację w Zespole Szkół Muzycznych nr 4 – wzięła na zakładników swojej sprawy dzieci; w zabłoconych butach wtargnęła w sytuację trudną rzucając oszczerstwa i pomówienia. To niebywała podłość, za którą powinna przeprosić i „Gazeta Wyborcza” nie poczuwająca się chyba jednak do odpowiedzialności i rzetelności w tego typu małych, z punktu widzenia wielkiej polityki, sprawach (prośbę o przyjrzenie się rzetelności dziennikarskiej skierowałem do redakcji, pozostała ona bez odpowiedzi...)
Drugi powód jest taki, że nie jestem zwolennikiem ani przesłuchań (przynajmniej w obecnej formie), ani miłośnikiem urzędniczej kontroli ministerialnej (publiczne chełpienie się „rozwaleniem” jazzu i muzyki dawnej w szkołach). Jestem też gorącym zwolennikiem wspierania szkół muzycznych w mniejszych ośrodkach jako lokalnych ośrodków kultury. Te trzy – potrzebne skądinąd wątki i wskazanie na bolączki systemu – pojawiają się w drugim artykule pani Szyłło (autorka wczytała się w dyskusję w mediach i większość treści podebrała stamtąd próbując udawać osobę zorientowaną) i można się z nimi zgodzić.

Tocząca się dyskusja ujawniła bardzo mocny sprzeciw wielu nauczycieli w stosunku do instytucji przesłuchań. Krytykowana jest tu przede wszystkim obligatoryjność; wymuszanie przez CEA przysyłania uczniów z obejmującego obowiązek rocznika niezależnie od ich aktualnej formy i poziomu. Ogromny sprzeciw budzi też pomysł urzędników, że są władni i kompetentni (powołując się oczywiście na opinie zaproszonych ekspertów, często profesorów i wykładowców akademickich) aby w ten sposób oceniać wartość pracy nauczycieli. Oczywiście, na podstawie krótszego lub dłuższego przesłuchania jednego z uczniów, niekoniecznie tego najlepszego, trudno dokonać sensownej oceny; łatwo natomiast skrzywdzić dobrego i oddanego pedagoga, któremu akurat trafił się mniej zdolny bądź mniej pracowity uczeń. Bądź uczeń miał trochę gorszy dzień… Wydaje się, że mentalność polegająca na wierze w to, że uczenie to wlewanie do głowy (rąk) wiedzy i umiejętności trzyma się mocno ...W najbardziej ekstremalnej formie, z jaką się spotkałem polegało to na całkowitej rezygnacji z jakichkolwiek elementów współzawodnictwa konkursowego i zmuszeniu jurorów przesłuchań do redagowania ocen opisowych. Te opinie miały z kolei trafić na odpowiednie biurko, gdzie wybierano z nich zapewne co smakowitsze kąski, które,następnie, lądowały na biurkach dyrektorów szkół … itd. ...
Sądzę, że owa wątpliwość czym mają być przesłuchania – konkursem dla uczniów czy batem na nauczycieli – jest jedną z przyczyn złej opinii środowiska na temat tego przedsięwzięcia (w zależności od aktualnych trendów przesłuchania czasem skłaniają się bardziej stronę konkursu, czasem bardziej w stronę kontroli urzędniczej)
Wbrew pozorom koncepcja konkursu jest chyba bardziej uczciwa i przynosi lepszą informację zwrotną. Ot, konkurs, którego wyniki dają nam informację o tym jak dany uczeń jest postrzegany przez tę konkretną komisję (każda komisja oceni trochę inaczej, jesteśmy na gruncie sztuki, nie do końca wymiernej). Konkurs nie rości sobie prawa do pseudo-obiektywizmu, werdykt nie jest tu usankcjonowanym przez ministerstwo wyrokiem, a jedynie opinią podpisaną imiennie przez członków jury. Dodatkowe doświadczenie dla ucznia i nauczyciela.

Postaram się teraz zagrać rolę advocatus diaboli i zastanowić się krótko czy i pod jakimi warunkami koncepcja przesłuchań miałaby, moim zdaniem, sens.
Wydaje się, że najbardziej cennym elementem stworzonej przez CEA formuły przesłuchań może być walor spotkania – spotkania nauczycieli akademickich ze szkolnymi, spotkania nauczycieli różnych ośrodków między sobą, spotkania uczniów …Wydaje mi się, że rola CEA powinna ograniczyć się do stworzenia przyjaznej przestrzeni dla takiego spotkania, używanie tej formuły dla zbierania raportów (paradonosów) jest niewskazane. Kluczem jest tu stworzenie odpowiednich warunków czasowych dla tego, aby rozmowy mogły się odbyć. Pamiętam już przesłuchania, w których uczniowie zagrali, przewodniczący jury wygłosił myśl, że wiele osób grało brzydko, następnie była chwila (nie za długa) na zredagowanie owych wspomnianych przeze mnie paradonosów, a uczniowie i ich nauczyciele już dawno byli w drodze do domu.
Myślę, że należy też odejść od koncepcji sprawdzania wszystkich uczniów i obligatoryjnego wysyłania. Warto pokazywać tych, którzy z takiego spotkania są w stanie wynieść coś pozytywnego. Jedni są bardziej, inni mniej utalentowani i żadne urzędnicze działania tego nie zmienią. Za to osobisty kontakt z krytyką wyrażoną przez przedstawiciela innego środowiska może być konstruktywny. Pod warunkiem, że nie staje się dowodem w działaniach mających na celu wzięcie w ryzy kogokolwiek. Nie ma też potrzeby pozbywania się za wszelką cenę trochę mniej zdolnych uczniów; szkoła, w której są wyłącznie gwiazdy może dać zafałszowany obraz rzeczywistości i mamić ucznia złudną wizją bliskiego sukcesu, który w realnym życiu zależy od wielu czynników. Zaufajmy jednak trochę doświadczeniu nauczycieli i dyrektorów, którzy podejmują decyzje w sprawie być lub nie być w danej szkole uczniów. Zaufajmy sobie trochę nawzajem i nie kontrolujmyż się na każdym kroku!

Może więc warto nie wylewać dziecka z kąpielą i starać się wykorzystać stworzone i stwarzane ramy organizacyjne dla działań integracyjnych? To pewnie trochę utopia; wiem z własnego doświadczenia, że urzędnicy CEA często przyjeżdżają z gotowymi rozwiązaniami i stawiają jurorów przed dokonanym faktem takiego, a nie innego przeprowadzenia przesłuchań. Sądzę jednak, że zanim zaczniemy demontować system warto spojrzeć w stronę utopii i próbować napełniać go wartościami. Zbyt dużo rzeczy w Polsce dzieje się na zasadzie burzenia rzeczy działających i zmieniania co 5 minut i na 5 minut całego systemu. Zanim zaczniemy się zastanawiać „czy?” zastanówmy się nad „jak?” i „czy możemy to zrobić trochę inaczej?”.

Ale, jak już napisałem, fanatycznym obrońcą przesłuchań nie jestem. Pożegnam się z nimi bez żalu. Chyba, że uda się wpisać w ideę przesłuchać nową treść; przyjazną i korzystną dla uczniów i nauczycieli.

środa, 29 stycznia 2020

U nas w szkole muzycznej czwórka to porażka. Uczeń się powiesił, połowa klasy bierze xanax. Odpowiedź.



27 stycznia ukazał się w „Dużym Formacie” artykuł Aleksandry Szyłło „U nas w szkole muzycznej czwórka to porażka. Uczeń się powiesił, połowa klasy bierze xanax”. Tytuł zaciekawił mnie, rozpocząłem lekturę … Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że adresatem zarzutów jest szkoła, której jestem absolwentem, w której dwa lata pracowałem (prawda, dawno…), w której prowadziłem spotkania z uczniami. Ciekawość przerodziła się w oburzenie kiedy zdałem sobie sprawę, że autorka bezczelnie wykorzystuje tragiczne wydarzenie dla młócenia cepem bliżej nieokreślonego „systemu” dopuszczając się przy tym praktyk dziennikarskich, których nie kojarzyłbym z prenumerowaną przez siebie i podziwianą za niezłomną walkę o zachowanie polskiej demokracji „Gazetą Wyborczą”. Mam nadzieję, że redakcja się opamięta. Rozumiem, że problematyka szkolnictwa muzycznego nie jest w centrum zainteresowania „Gazety Wyborczej”, niemniej jak sądzę każdy dziennikarz, który artykuł przeczyta zorientuje się od razu, że praktyki dziennikarskie, którym hołduje pani Szyłło dalekie są od elementarnych podstaw prasowej etyki.
Artykuł zbudowany jest w następujący sposób. Jednostkowe wydarzenie , jakim jest tragiczne samobójstwo ucznia szkoły, obudowane jest przypadkowo nieco dobranymi wypowiedziami rodziców, z których wynika, że połowa najlepszej klasy bierze xanax (dowodów oczywiście brak). Do tego domieszane zostały – jako nieodzowna przyprawa - informacje o jakimś molestowaniu w środowisku muzycznym ( nie chodzi tu bynajmniej o tę konkretną szkołę!) oraz wypowiedzi ekspertów: pani Violi Łabanow (prezesa Smykofonii i przeciwnika szkolnictwa muzycznego w obecnym kształcie), pana Wojciecha Walczaka – profesjonalnego instrumentalisty - altowiolisty oraz pani Marii Mach (Krakowy Fundusz na Rzecz Dzieci). Ta trzecia wypowiedź, bardzo wyważona i sensowna, nie ma żadnego związku z opisywaną sprawą. Ma tylko stworzyć złudzenie profesjonalizmu dziennikarki. Artykuł cytuje również wypowiedzi dyrektorki Zespołu Szkół Muzycznych – pani Hanny Sawickiej – wyrażających oczywiste zaniepokojenie wydarzeniem.
Postulat artykułu jest bardzo mocny. Trzeba o tym pisać, trzeba bić na alarm, podjąć dyskusję, zmienić system! Oczywiście wygłaszany jest on w artykule nie bezpośrednio przez autorkę, która musiałaby wtedy wziąć odpowiedzialność za swoje słowa …
Zanim zdemaskuję metodę autorki kilka słów na temat owego „systemu”. Z mojego punktu widzenia istniejący w Polsce system szkół muzycznych jest unikalnym i pozytywnym zjawiskiem. Jako profesor dwóch wyższych muzycznych uczelni często biorę udział w spotkaniach, seminariach, kursach doskonalenia dla nauczycieli. Bardzo często szkoły muzyczne stają się małymi lokalnymi centrami kultury. Mam wielu przyjaciół, którzy są oddanymi i pełnymi pasji nauczycielami. Warto przypomnieć, że w szkołach muzycznych nauka przedmiotu głównego odbywa się w systemie one-to-one, to oznacza, że uczeń ma bezpośredni i zindywidualizowany kontakt z nauczycielem (a nie tylko z jakąś bezduszną systemową machiną, co wydaje się sugerować autorka artykułu). Co pewien czas ktoś wpada na genialny pomysł, aby ten system zmienić i zreformować, a środki przeznaczyć na coś innego np. na krzewienie amatorskiego uprawiania muzyki. W Polsce rzeczywiście brakuje szerokiego upowszechniania kultury muzycznej dla uczniów, którzy nie zakładają przyszłej kariery profesjonalnej w tym kierunku. Nikt w Polsce (a może się mylę … ?) nie postuluje jednak np. zamknięcia szkół mistrzostwa sportowego i przekazanie uzyskanych w ten sposób środków na zakup sprzętu sportowego na zajęcia WF-u. Zgadzamy się raczej w większości, że to dwa różne obszary; oba ważne i wzajemnie komplementarne. Tak samo jest w dziedzinie muzyki. W Polsce mamy dobrze działający system szkół muzycznych i leżącą odłogiem warstwę szerzej rozumianej popularyzacji muzyki.
Ale, ad rem …
Artykuł dotyczy pojedynczego przypadku opisywanego w dramatyczny sposób ustami jednej z mam (Agata, pracownica korporacji, Mama pianistki…):
M. się powiesił. W domu. W czwartek 5 grudnia. Leżał potem jeszcze ponad tydzień w szpitalu, lekarze próbowali go odratować. Dzieci ze szkoły dowiedziały się tego samego dnia. One wiedziały, a my, dorośli, nie …
Styl równoważników zdania wzmacnia dramatyzm przekazu. Ale zastanówmy się nad jednym. To, że jedno z dzieci nie powiedziało rodzicom świadczy o… No właśnie, o czym ? O szkole? Naprawdę?
Samobójstwa wśród młodzieży licealnej się niestety zdarzają, to bardzo wrażliwy okres w życiu. Autorka z pojedynczego faktu wyciąga jednak bardzo daleko idące wnioski dotyczące całego „systemu”. Nie dowiadujemy się czy tragedia została spowodowana przez niepowodzenia w szkole czy poza nią. Nie wypowiadają się ani rodzice, ani wychowawca klasy, ani nauczyciel przedmiotu głównego. Rozumiem, że łatwiej rzucić błotem w bliżej nieokreślony system, źle skierowane oskarżenie mogłoby przecież skutkować np. procesem sądowym. Tak naprawdę o tym fakcie nie dowiadujemy się nic. Autorka ewidentnie zdaje sobie sprawę, że takie argumenty dotyczące zmiany systemu są zbyt słabe. Stąd przyprawia pichconą przez siebie przyprawę informacjami o xanaxie, który bierze „połowa najlepszej klasy” i o którym wiedzą jakoby wszyscy. To jednak również jest chyba za słabe. Pada zatem informacja o przypadkach molestowania w środowisku muzycznym (wypowiedź Wojciecha Walczaka) :
Jest jeszcze coś, o czym w ogóle się nie mówi: molestowanie seksualne. Wiem o jednym nauczycielu, który obnażał się przed uczniami. Sprawa trafiła do sądu, ale zakończyła się ugodą. Innym razem wspierałem koleżankę, która była molestowana przez profesora na uczelni. Namawialiśmy ją, żeby wniosła oskarżenie, ale się wycofała. Może akcja #MeToo coś zmieni, może osoby doświadczające molestowania przestaną się obawiać wstydu i ostracyzmu.
Uważny czytelnik na pewno zauważy, że informacje nie dotyczą tej konkretnej szkoły, a jedynie pewnych znanych intelokutorowi przypadków. Informacje prawdopodobnie padły w dłuższej rozmowie dziennikarki z panem Walczakiem. Mniej uważny czytelnik w gąszczu informacji tej „subtelnej” manipulacji raczej nie wychwyci.
W każdym razie artykuł nie przynosi istotnych informacji na temat np. ilości samobójstw w szkołach muzycznych a ogólnokształcących, nie wiem zresztą czy takie badania kiedykolwiek miały miejsce. Nie wie tego chyba również autorka artykułu i wiedzą tą raczej nie jest zainteresowana. Cytowanie bowiem fachowych opracowań, statystyk nie jest przecież tak dynamiczne jak zasłyszane na korytarzach wypowiedzi wybranych przez dziennikarkę rodziców. Sądzę jednak, że bez takich „twardych” informacji wszelkie wyrokowanie na temat „systemu” jest pozbawione jakichkolwiek podstaw.

Autorka próbuje zdruzgotać „system” za pomocą wypowiedzi pani Violi Łabanow. Ponieważ – na tle całości artykułu – w tej części padają jakieś konkretne postulaty – warto do tej wypowiedzi odnieść się w całości. To przykre, że osoba prowadząca naprawdę cenną działalność popularyzatorską dała się wmanipulować w tak niesmaczną nagonkę bądź zechciała po prostu skorzystać z nadarzającej się okazji dla zwalczania nielubianego przez siebie (do czego ma oczywiście prawo) systemu szkół muzycznych. W jej wypowiedzi niemal każde zdanie zasługuje jednak na ripostę i sprostowanie:
Tak dużego, scentralizowanego systemu szkół muzycznych służących kształceniu zawodowemu nie ma nigdzie na świecie. Tylko w Polsce.
Nieprawda. Na czym polega owa centralizacja? Owszem jest kontrola Centrum Edukacji Artystycznej, programy nauczania to jednak w dużym stopniu opracowane i realizowane autorskie koncepcje. Nie jestem znawcą systemów edukacyjnych, ale system szkół muzycznych działa np. w niektórych krajach postsowieckich; przy czym są to społeczeństwa często znacznie bardziej uwrażliwione na muzykę niż polskie. Znane mi nieco szkolnictwo np. w Ukrainie jest znacznie bardziej wymagające i rygorystyczne; polskie jest chyba dobrym kompromisem między stawianymi uczniom wymaganiami a koniecznością zapewnienia luzu i przestrzeni. We Francji działa system konserwatoriów niezależnych od kształcenia ogólnokształcącego, jest ono dość rygorystyczne, nie daje jednak możliwości łączenia kształcenia ogólnego i specjalistycznego w jednym budynku. Taka możliwość postrzegana jest raczej jako zaleta!
Niektórzy uważają, że to powód do dumy. Ja uważam, że jest to jedna z przyczyn słabego poziomu muzycznego naszego społeczeństwa.
Na jakiej podstawie? Co ma piernik do wiatraka? W tych szkołach nie uczy się całe „nasze społeczeństwo”.
Odpadają z tego systemu dzieci zdolne i wrażliwe, którym tresura i stres wybiły muzykę z głowy.
Myślę, że to może się zdarzyć w wypadku nazbyt wymagających nauczycieli. W żadnym wypadku nie jest jednak tak, że szkoły muzyczne programowo wprowadzają system „tresury”. Nie ma również dowodów na to, że tak się powszechnie dzieje.
Wyselekcjonowane, ogólnie bardzo zdolne dzieci, które mogłyby mieć wybitne osiągnięcia w innych dziedzinach, w szkole muzycznej poddawane są presji ograniczającej rozwój twórczy.
Również proszę o jakiekolwiek dowody. To gołosłowne i ogólnikowe zarzuty. Twierdzenie nie jest w żaden sposób uzasadnione. W Polsce istnieje równoległy system szkół muzycznych popołudniowych; dziecko może chodzić do „zwykłego” liceum i osobnej szkoły muzycznej.
Wielu, by zadowolić rodziców i nauczycieli, niepotrzebnie kończy uczelnię muzyczną.
Wiele osób, by zadowolić rodziców, kończy uczelnie prawnicze, medyczne, inżynierskie … Pewnie lepiej aby tak nie było, ale co pani Łabanow (i pani Szyłło) właściwie chce tym udowodnić?

W tekście pani Szyłło pada jeszcze jedno nieprawdziwe stwierdzenie. Wytłuszczone przez autorkę.
Studia muzyczne nie przygotowują psychicznie i duchowo do bycia pedagogiem, mentorem, oparciem dla młodej osoby.
Uczelnie muzyczne mają moduły przedmiotów pedagogicznych. Rozumiem, że chodzi tu jednak o owo tajemnicze stwierdzenie: „psychicznie i duchowo”. Faktem jest, że najwspanialszą nauką własnej pedagogiki jest wzór mistrza – artysty i pedagoga w jednym. Nie wszyscy nauczyciele takim wzorem są, to również prawda. Ciekaw jestem skąd pani Szyłło bierze wiedzę, że takich w uczelniach muzycznych nie ma? Jako profesor dwóch muzycznych akademii mogę jedynie powiedzieć, że wielu moich kolegów to wspaniali artyści-pedagodzy, niektórzy zaś są bardziej artystami, niektórzy zaś tylko pedagogami. Jak pisałem, uczelnie starają się jednak zapewnić studentom dostęp do wiedzy pedagogicznej niezależnie od indywidualnych predyspozycji profesorów przedmiotu głównego i niejako kompensując ewentualne niedostatki. Cóż mogą zrobić więcej?

Główną wadą artykułu jest rzucenie oskarżenia w stronę „systemu” bez wysłuchania tych rodziców, dzieci, nauczycieli, którzy istniejący w Polsce model szkół muzycznych uważają za dobry. Takie opinie zostały tu po prostu pominięte, co chyba najdobitniej wskazuje na jakość dziennikarstwa pani Szyłło. Niniejsza riposta ma za zadanie wypełnić nieco ten brak.

W czasie mojej wieloletniej kariery artystycznej i pedagogicznej, związanej głównie z uczeniem na poziomie uczelni wyższej, wielokrotnie spotykałem się ze środowiskiem nauczycieli szkół muzycznych. Zetknąłem się tam z wieloma wspaniałymi ludźmi, nauczycielami z powołania, pełnymi fantazji i kreatywności uczniami. Region, w którym mieszkam – Górny Śląsk jest bardzo „nasycony” szkołami muzycznymi. Stanowią one ważny element kulturalnego „krwiobiegu”. Ta odpowiedź jest wyrazem mojego uznania dla starań i pracy tego środowiska. Chciałbym również bronić systemu, którego zazdrości nam wiele społeczeństw; systemu, który jest dobry i potrzebny.
Artykuł, na który odpowiadam może stać się ważnym orężem w walce o zabranie pieniędzy drogim, prowadzącym indywidualne nauczanie, zmuszonym do inwestowania w instrumentarium szkołom muzycznym. Od lat społeczność tych szkół z trwogę wsłuchuje się w różne zapowiedzi „reform” mających na celu np. zastąpienie nauczania indywidualnego zbiorowym.
To, czego w Polsce brakuje to jeszcze jeden element systemowej układanki, jakim jest odpowiednia obecność muzyki w szkołach ogólnokształcących i ogólnie w społeczeństwie. Tego mostu jednak nie naprawimy burząc najpierw zdrowe i dobrze działające przęsło.
Chciałbym również wyrazić moje oburzenie faktem, że artykuł niespełniający minimalnych wymagań rzetelności dziennikarskiej nie został wychwycony przez redakcję cenionej przeze mnie „Gazety Wyborczej”, która pozwala tym samym, aby autorka dopuszczająca się tak ewidentnej manipulacji grzała się w cieniu dziennikarzy walczących o lepszą i demokratyczną Polskę, dbających o najwyższy poziom etyki zawodowej.