wtorek, 16 sierpnia 2022

W Krasnymstawie na festiwalu hr. Poletyły



Miałem ogromną przyjemność uczestniczyć przez kilka dni w wydarzeniach II Festiwalu Muzycznego im. Leopolda hr. Poletyły w Krasnymstawie. To fantastyczna inicjatywa, której domem stały się gościnne poklasztorne wnętrza Muzeum regionalnego w Krasnymstawie. To też znacznie więcej niż tylko seria koncertów. Każda edycja obejmuje również konferencję naukową łączącą problematykę muzyczną, artystyczną, historyczną i regionalną oraz muzyczne warsztaty

Tegoroczna edycja rozpoczęła się warsztatami skrzypcowymi prowadzonymi przez Grzegorza Lalka, w których siłą rzeczy nie uczestniczyłem. Artysta zaprezentował się jednak następnego dnia w salonie romantycznym wyczarowanym przez czwórkę znanych mi doskonale muzyków (piątek, 12 sierpnia). Grzegorz Lalek cudownie wykonał na jelitowych strunach kilka miniatur Wieniawskiego. Na tym instrumencie i, oczywiście przede wszystkim, w Jego wykonaniu ta zajeżdżona nieco muzyka, odgrywana czasem nieco (lub bardzo)  pretensjonalnie, odzyskała ciepło i naturalną świeżość. Czekam na więcej Wieniawskiego w tym wykonaniu! Podobne odczucia miałem przy wykonaniu pieśni Moniuszki przez Dawida Biwo; te małe, rubaszne scenki rodzajowe przedstawione zostały również z ogromnym urokiem, prostotą i talentem aktorskim. Również dwie pieśni Belliniego doskonale wpisały się w klimat tego wieczoru. Po raz pierwszy miałem okazję słyszeć Katarzynę Pilipiuk na 8-klapowym oboju w efektownych kompozycjach w stylu brillant (Widerkehr i Brod) współzawodniczących śpiewnością i wirtuozowską ruchliwością z muzyką wokalną. Zaś Anna Huszczo „ogarniała” wszystkich solistów i nie ruszała się od stołowego fortepianu Broadwooda wykonując na dodatek z ogromnym smakiem i wrażliwością utwory Marii Szymanowskiej i Michała Kleofasa Ogińskiego. Publiczność liczna, entuzjastycznie reagująca. Znakomita atmosfera, piękny wieczór.

Stałym elementem każdej edycji festiwalu jest konferencja wraz z panelem dyskusyjnym. W tym roku poświęcona była „Dialogowi sztuk w XIX-wiecznej Polsce”. Dr Sławomir Franc zachęcił nas do sięgnięcia po pamiętniki Kajetana Koźmiana. Ja opowiedziałem o muzyce George’a Fredericka Pinto (wiem, że trochę daleko od głównego wątku konferencji...) , którą tak chętnie grywam. Katarzyna Różańska w bardzo skondensowany sposób opowiedziała nam o warsztacie malarza w XIX wieku szczególnie eksponując elementy nowe w stosunku do wcześniej stosowanych technik. Wreszcie, jak zwykle fantazyjne i pełne nieoczekiwanych detali spojrzenie na historię Andrzeja Pilipiuka; w tym wypadku chodziło głównie o archeologiczne eskapady XIX-wiecznego zbieracza, hr. Michała Tyszkiewicza.

O naszym koncercie (Irmina Obońska i Marek Toporowski, 14.08) napiszę oczywiście trochę mniej. Trochę bałem się zestawienia angielskiego, stołowego fortepianu Broadwooda z moim skrzydłowycm Neupertem-Heilmannem, ale wydaje się, że oba instrumenty dobrze się uzupełniały brzmieniowo. Leitmotywem naszego koncertu był polonez. Zagraliśmy polonezy Riesa, Wilhelma Friedemanna (w moim nowym opracowaniu), Ogińskiego i dwa specjalnie napisane na krasnystawski festiwal „Polonaises fantastiques”: mój i Ryszarda Borowskiego. Nad zestrojeniem obu instrumentów czuwał Witold Gertner, który w niełatwych warunkach (stosunkowo mała i niska sala dawnego refektarza, bardzo wysoka wilgotność) zapewnił nam komfort grania. Dziękujemy za ciepłe przyjęcie.

Dzisiaj (16.08) odbyłem fascynujące spotkanie z muzyczną, pianistyczną młodzieżą, która na moim 5-oktawowym instrumencie grała różne utwory, w tym również Chopina. Okazało się, że niektóre wczesne utwory wymagające 6 oktaw pisane są w taki sposób, że ta szósta dyszkantowa oktawa pojawia się tylko czasem, jako efekt specjalny zaznaczony w nutach przenośnikiem oktawowym ułatwiającym sprowadzenie wykonania do dostępnych pięciu oktaw. Zaś Grande Valse Brillante bez problemu w 5 oktawach się mieści; w całości i bez wyjątku!

Niestety nie mogę być na koncercie finałowym „Huzia na Mozarta!”. Może ktoś o nim napisze …

Warto przyjechać do Krasnegostawu. Organizatorki – Anna Huszczo i Katarzyna Pilipiuk stworzyły imprezę stosunkowo krótką (trzy koncerty), ale zadbaną i wysmakowaną. Warto w przerwie zejść do Ogrodów Biblijnych (jego dolna część to ogród chiński); ogromna zielona przestrzeń, z której widać jedynie bazylikę św. Franciszka Ksawerego i zabudowania poklasztorne (obecnie muzeum…) To wejście w inną rzeczywistość czasową, kiedy z powrotem wraca się do miasteczka widzi się już wszystko z innej perspektywy. Warto to przeżyć. 


niedziela, 29 maja 2022

Musica Polonica Nova. 25.05.2022. Polonezowość na nowo.


To chyba był najciekawszy dla mnie koncert w tym roku. Osiem utworów współczesnych, z których siedem grałem po raz pierwszy, a sześć to prawykonania!

Chodzi o koncert w ramach festiwalu Musica Polonica Nova z utworami napisanymi dla Agaty Kielar-Długosz, Łukasza Długosza i mnie.

Kompozycję Landmanaugarsonata Grażyny Pstrokońskiej-Nawratil graliśmy już wielokrotnie. To utwór z cyklu „Reportaże”, obraz jednego z islandzkich gejzerów; utwór świetnie eksplorujący sonorystyczne możliwości klawesynu, a jednocześnie będący w istocie erupcją emocjonalności.

Druga w programie była kompozycja Tomasza Skweresa „Erdschatten” dla jednego fletu i klawesynu, napisany chyba najpierw dla barokowego fletu traverso i klawesynu. To utwór w dużym stopniu eksponujący efekty szumowe, sonorystyczne, frullata, ale przede wszystkim znakomicie eksplorujący możliwości współpracy kameralnej flecisty i klawesynisty; również utwór, w którym fantastycznie zbudowana została forma.

Kolejnych sześć utworów to wspomniane już przeze mnie prawykonania. Organizatorzy wymyślili sobie tutaj rodzaj kolektywnie napisanej suity, w której kompozytorzy odniosą się w jakiś sposób do idei poloneza. Stworzyło to pewien wspólny, nie ograniczający jednak inspiracji, punkt odniesienia dla szóstki kompozytorów.

Pierwszy ze wspomnianych utworów to Polo-ness Katarzyny Dziewiątkowskiej, który znakomicie mógłby zostać wykorzystany jako ilustracja filmu o sławnym potworze. Transformacja motywów polonezowych i umieszczenie ich w kontekście quasi-filmowej, quasi-ilustracyjnej muzyki wydała mi się tu znakomicie przeprowadzona.

Fugato alla Polacca Piotra Drożdżewskiego to zdradzające polifoniczny kunszt kompozytora i doskonałą znajomość literatury polifonicznej dawnych epok spojrzenie z przymrużeniem oka na rytm poloneza.

X-change Adama Porębskiego wymagał od nas wycieczki w stronę teatru instrumentalnego, w którym niektóre dźwięki mają być tylko zasugerowane gestem, niektóre wykonane perkusyjnie, a tylko część z nich ma zaistnieć w formie realnej. To pierwsza część tego utworu. Zakończenie nawiązywało do estetyki muzyki repetytywnej czy nawet minimalistycznej i tworzyło nastrojowe zwieńczenie formy.

Misterioso Grzegorza Patrycjusza Wierzby to z kolei utwór wychodzący od niewielkiej ilości dźwięków i rozwijający się w stronę gorętszych, przekornych rytmów.

W Polo-less czyli Mniej znaczy więcej Mateusza Ryczka to daleko posunięta redukcja młodzieńczego Poloneza B-dur Chopina, w którym krótkie, zaczerpnięte z tej kompozycji motywy zostały bardzo oszczędnie zagospodarowane przez kompozytora w celu budowy ciekawej formy i zapewnienia muzykom świetnej zabawy.

Wreszcie Polo-ness Anny Porzyc, utwór fantazyjny pod względem rytmicznym i niezwykle pomysłowy pod względem modyfikacji struktur rytmicznych poloneza w sposób, który mi osobiście kojarzył się nieco ze znaną mi muzyką do gier komputerowych.

Proszę nie przywiązywać się zanadto do tego opisu. Nie jest on analizą kompozycji, a tym mniej ich krytyką. Próbowałem bardzo spontanicznie zapisać moje pierwsze wrażenia. Dla mnie fantastyczny projekt. Właściwie to właśnie w dzień koncertu zacząłem na dobre zżywać się z utworami, o których piszę. Bardzo chciałbym wykonać je jeszcze raz; taki pierwszy koncert to moment, w którym zaczynamy dopiero poznawać potencjał tkwiący w każdej kompozycji. Drugie czy trzecie wykonanie pozwala na znacznie większą swobodę. Niestety, organizatorzy koncertów muszą liczyć się – w razie wykonania muzyki współczesnej – ze związanymi z tym kosztami … To skutecznie zabija możliwość regularnego (a nie tylko odświętnego, festiwalowego) funkcjonowania muzyki napisanej obecnie w przestrzeni koncertowej. To oczywiście temat na inny wpis, rozmowę …

Bardzo jednak chciałem aby informacja o tych utworach i ich autorach pojawiła się na blogu.

Więcej zdjęć tu:

https://www.facebook.com/musicapolonicanova/photos/pcb.7519937321411852/7519932928078958



wtorek, 17 maja 2022

Znów Bortniański. I inna cudowna chóralistyka.

 Na jutrzejszy (czwartek 19.05) koncert w ramach krakowskiego cyklu "Mosty" łączącego różne instytucje (tym razem to Chór Filharmonii Krakowskiej i Capella Cracoviensis) wybrałem to, co w muzyce wokalnej kocham najbardziej. Rozpoczniemy trzema koncertami wokalnymi Bortniańskiego. To muzyka w cudowny sposób łącząca piękno Wschodu i Zachodu. Koncerty; choć oparte na tekstach psalmów i osadzone głęboko w estetyce Prawosławia przeznaczone były raczej do koncertowego wykonania w ramach działalności Petersburskiego Towarzystwa Filharmonicznego. Każdy z koncertów kończy się fugą zdradzającą doskonałe obeznanie z modelami studiowanymi w tym czasie m.in. u Padre Martiniego. Jednocześnie tekst słowiański narzuca zupełnie inną artykulację i podejście do kształtowania tempa i, choćby, kresek taktowych. Zresztą studiowanie tekstów psalmów tłumaczonych w ruskiej redakcji języka cerkiewnosłowiańskiego jest zajęciem fascynującym ze względu na zupełnie inną składnię niż we współczesnych językach słowiańskich (bardzo pouczajace jest tu porównanie z tłumaczeniem na język rosyjski dostępnym na stronie molitvoslov), co zmusza do głębokiego wniknięcia w warstwę znaczeniową psalmów.

W pierwszej części wykonamy jeszcze dwie wspaniałe kompozycje Charlesa Villiersa Stanforda: Magnificat G-dur z anielskim solem sopranu szybującym ponad chórem i wspaniałe Te Deum w C-dur. 

A w drugiej części, już z udziałem Capellae Cracoviensis, Requiem Brucknera d-moll. Ten utwór stanowi pewnego rodzaju dialog z Requiem Mozarta i z muzyką dawną. Partytura napisana jest w tradycyjnych kluczach, zawiera również partię basso continuo. Kompozytor bardzo wyraźnie starał się napisać utwór o dość ascetycznym charakterze. Tym bardziej jest on przejmujący i ekspresyjny! 

poniedziałek, 9 maja 2022

Cudowna muzyka Bortniańskiego. Transkrypcje, transkrypcje ...


 Mamy jeden, jedyny koncert klawesynowy (fortepianowy) Bortniańskiego. Zachowała się tylko jedna część i tylko wyciąg fortepianowy. Pomyślałem sobie, że ten - dość prosty fakturalnie - utwór może zyskać w wykonaniu przez instrument melodyczny. Wykorzystując głosy smyczkowe (sporządzone przeze mnie dawno temu na koncert "Fortepianissimo" Capellae Cracoviensis) sporządziłem transkrypcję w dwóch tonacjach: D-dur (dla fletu traverso bądź fletu współczesnego) i F-dur (altowy flet prosty, altowa sopiłka ukraińska). Zainteresowani mogą również sięgnąć po zsyntetyzowany zapis dźwiękowy obu wersji.

Co ciekawe okazało się, że tylko w jednym miejscu "otrzymana" partia solowa schodziła poniżej skali traverso (d') i fletu altowego (f').

Bardzo często bawiąc się w proste stosunkowo przenoszenie utworów dostrzegam dalsze możliwości tkwiące w opracowywanym materiale. Tak stało się i tym razem ... stąd postanowiłem rozdwoić flety i... co tu dużo mówić ... efekt (2 flety + smyczki) przy niewielkim zdjęciu obowiązku wierności oryginałowi jest chyba jeszcze fajniejszy. Tu oczywiście pozwoliłem sobie jeszcze dopisać kadencję. 

Pierwsze wersje transkrypcji dedykowane są Bożenie Korczyńskiej - bliskiej mojemu sercu artystce ze Lwowa, z którą łączą mnie wspólne koncerty, współpraca przy tłumaczeniu tekstów fachowych, a przede wszystkim wieloletnia przyjaźń. Wersję na dwa flety dedykowałem zaś parze wspaniałych wirtuozów fletu (współczesnego): Agacie Kielar-Długosz i Łukaszowi Długoszowi. 

Mam nadzieję, że dzięki tej mojej małej działalności transkrybenta (nie są to może jeszcze armaty ukryte w kwiatach, daleki jestem od przeceniania tego drobnego wkładu i pełen pokory wobec wspaniałego dziedzictwa kompozycji ukraińskich) ilość wykonywanej koncertowo pozycji muzyki ukraińskiej będzie coraz większa. Amen. 

Kolejna niedziela w Fortepianarium. Pstrąg i świetny xxx.


 

Eliza Pawłowska i Dymitr Olszewski to artyści doskonale w Fortepianarium znani i lubiani. Tym razem wraz z grupą przyjaciół przedstawili fantastyczny program, na który złożyły się dwa kwintety fortepianowe: f-moll op. 41 Jana Ladislava Dusíka i sławny „Pstrąg” Schuberta.

Choć wiele kwintetów fortepianowych to utwory na fortepian i kwartet smyczkowy, czasem spotykana jest również nawiązująca do renesansowej praktyki grania w consorcie instrumentów (to porównanie „kradnę” od Dymitra Olszewskiego) kombinacja skrzypiec, altówki, wiolonczeli i kontrabasu. Kwintet Dusíka jest chyba najwcześniejszym przykładem tak rozumianego kwartetu, kwintet Schuberta najbardziej znanym. Podczas koncertu zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać dlaczego kwintet Dusíka – utwór ze wszech miar znakomity ! - jest tak rzadko wykonywany. Wysunąłem kilka koncepcji: Dusík pisał zazwyczaj muzykę absolutną bez tytułu, programu: sonaty, tria, kwartety; na równym – zawsze znakomitym - poziomie. Ponieważ tych świetnie napisanych utworów jest bardzo dużo pewnie pomogłaby niektórym z nich jakaś legenda dotycząca powstania (to znów koncepcja Dymitra). Choć sam życiorys kompozytora (zachęcam do sięgnięcia choćby po informacje z internetu) był niesłychanie barwny i „full of zasadzkas”. A może po prostu to czy muzyka staje się częścią kanonu (to z kolei określenie Bruce’a Haynesa z książki The End of Early Music) jest wynikiem przypadku, zbiegu okoliczności …

Ten niezwykle ciekawy zestaw utworów zaserwowany został przez artystów w sposób niezwykle świeży: ze zrozumieniem, wrażliwością, radością muzykowania, chęcią odkrywania wspólnych barw i podzielenia się tym z publicznością. Dla mnie: muzyka-wykonawcy to ogromna radość, kiedy koncert po prostu sprawia mi przyjemność, wciąga i frapuje. Nie może tu zabraknąć mojego osobistego ukłonu dla Elizy Pawłowskiej, która z mojego Traugotta Berndta wyciągnęła masę nieoczekiwanych i pięknych kolorów pianistycznych.

Świetny koncert: program i wykonanie zasługujący na częste pokazywanie. Ogromne brawa i podziękowania za niekomercyjne jak zwykle u mnie granie dla Elizy Pawłowskiej, Szymona Strzelczyka, Natalii Miś, Dymitra Olszewskiego, Aleksandry Buczyńskiej-Kusak i Rafała Gorczyńskiego.

sobota, 12 lutego 2022

Cudowna muzyka Bortniańskiego. Domowe nagranie sonat.


 Muzykę Bortniańskiego poznałem już dawno. Pierwszymi utworami, które wykonywałem (jako dyrygent) były dwa cudowne koncerty wokalne. Urzekło mnie w nich to, że łączą to, co najpiękniejsze w muzyce Wschodu i Zachodu. Dopiero później poznałem inne, również wcześniejsze, siedemnastowieczne kompozycje (koncerty partesne), w których również spotyka się Wschód i Zachód. Może stąd właśnie moja miłość do Ukrainy, która znajduje się między Wschodem i Zachodem.

Trzy sonaty klawesynowe / fortepianowe to już muzyka w pełni włoska. Odpowiedniki znajdziemy w twórczości Cimarosy, Sartiego … A jednocześnie to chyba jedne z najpiękniejszych włoskich sonat klawiszowych II poł. XVIII w. Już dawno nosiłem się z zamiarem nakręcenia krótkiego filmu z tą muzyką. Oto i on …

Trochę przypadkowo zbiegło się to w czasie z zagrożeniem dla Ukrainy, kraju, który wart jest uwagi i podziwu choćby z tego powodu, że jako jedyny w przestrzeni postsowieckiej (oczywiście pomijam tu kraje bałtyckie…) nie zawiesił instytucji demokratycznych wyborów. Kraju, który w bardzo niesprzyjających geopolitycznych warunkach, konsekwentnie broni wolności i niezależności. Kraju, w którym mam wielu wspaniałych przyjaciół.

Im właśnie chcę dedykować to nagranie ...

https://www.youtube.com/watch?v=us-nsZof4pE&t=1668s

wtorek, 21 grudnia 2021

Jeszcze w odpowiedzi "Krytyce Politycznej"

 Kilka dodatkowych argumentów w sprawie Januszewska versus Nawalny. Z korespondencji z "KP" wnoszę, że tekst Pauliny Januszewskiej postrzegany jest jako odważne naruszanie autorytetów, a moja reakcja niezrozumieniem subtelnej ironii i sarkazmu. Oto moja odpowiedź:

 Cenię Państwa publicystykę i uważam istnienie lewicowego portalu za ogromną wartość. Pozwoliłem sobie jeszcze raz przeczytać artykuł pani Januszewskiej pod kątem sarkazmu. Jeśli zdefiniujemy sarkazm jako złośliwą ironię to istotnie można od biedy ten tekst potraktować w ten sposób. Wydaje mi się jednak, że słowa „drwina”, „ironia” czy właśnie „sarkazm” zakładają jednak pewien dystans, umiejętność trzeźwej oceny faktów, a co za tym idzie odpowiedniego dawkowania gorzkiej trucizny i mrugnięcia okiem do czytelnika. Czytając tekst pani Januszewskiej ma się wrażenie, że autorka wykazuje niezdrową fiksację na punkcie feminatywów i gotowa jest zniszczyć (na szczęście tylko werbalnie) każdego, kto ma na ten temat inne zdanie. Ba, nawet każdego, kto kiedykolwiek w przyszłości miał inne zdanie niż ona. Szczególnie jeśli jest mężczyzną, co w świetle różnorakich, niezwiązanych z osobą Nawalnego fizjologiczno-skatologiczno ukierunkowanych dowcipasów wydaje się być, zdaniem autorki, najcięższym oskarżeniem. Uwaga! Sarkazm! W pewnym stopniu… A jeśli jakikolwiek mężczyzna przyznaje się do zmiany tego zdania (przypomnę tu znane powiedzenie, że zdania nie zmieniają nigdy tylko głupcy) to tym gorzej dla niego, lisa jednego przefarbowanego!

Z ogromną uwagą prześledziłem wszelkie dąsy pani Januszewskiej i niestety stylistyka artykułu nie wskazuje na to, aby autorka nie traktowała swoich wywodów śmiertelnie poważnie.

Pani Januszewska przedstawia Nawalnego jako „okrzykniętego na Zachodzie uwięzionym zbawicielem Rosji”. Ciekawe, jak autorka rozumie tu słowo: „Zachód”. ??? Wydaje mi się, że Nawalny jest wybitnym dysydentem, dzięki działalności blogerskiej i patrzeniu na ręce rosyjskiej władzy niekwestionowanym autorytetem tak dla represjonowanej rosyjskiej opozycji, jak i świata. Tak sformułowany opis jego osoby doskonale zmieściłby się jednak w rosyjskich czy białoruskich mediach rządowych. Kusi zatem pytanie czy autorka naprawdę podziela poglądy tych mediów? Może po prostu nie wie o kim pisze? Czy też może dystansuje się od burżuazyjnego Zachodu? Czy dla autorki jest „Zachód”? Proszę mi wytłumaczyć, bo czegoś tu nie rozumiem …

Nie wiem czy autorka stukając na komputerze przy porannej lub nocnej kawusi (lub nie) swój tekst zdawała sobie też sprawę z różnicy między sytuacją zwykłego osadzonego w „pierdlu”, a umieszczonego w rosyjskiej kolonii karnej człowieka, który rzucił rękawicę Putinowi i który w tym więzieniu znajdował się na granicy śmierci. To jest też taki czynnik, który powinien – nawet wściekłej feministce – kazać ważyć słowa. Warto – w kontekście dobrego smaku – rozważyć tytuł: Lepiej późno i w pierdlu niż wcale.

Wpis Nawalnego odbieram jako wyraz jego wielkości. To człowiek, który pomimo tego, że znalazł się w ekstremalnych warunkach jest w stanie dostrzec złożoność życia, które krzywo się nad nim zaśmiało. Jest w stanie myśleć o zwykłych, drobnych jednak w świetle tragiczności losu problemach takich jak feminatywy i jest w stanie zmieniać swoje zdanie. Kiedyś Wacław Radziwinowicz charakteryzując osobę Nawalnego jako polityka i jego szanse przeżycia po powrocie określił go jako „ciężki kaliber”. Warto przeczytać facebookowy wpis opozycjonisty. Lekki, pełen klasy i tolerancji. Niemniej znajduje się on w sytuacji, w której drwienie z niego jest swojego rodzaju kopaniem leżącego. A to już po prostu brak wyczucia i zupełny brak smaku. I naprawdę trudno ten brak wrażliwości i rozeznania skwitować słowem „(uzasadniony) sarkazm”. Nie ma na to zgody!

Lewicowy (i feministyczny) punkt widzenia na świat jest w Polsce potrzebny. Takie teksty, jak „Lepiej w pierdlu niż wcale” skutecznie budują obraz lewicy jako formacji intelektualnej niezdolnej do jakiegokolwiek kompromisu, zafiksowanej na czysto formalnych znamionach „lewicowości” i „feminizmu”. Czy naprawdę taki jest profil Państwa portalu? Szkoda…