sobota, 30 sierpnia 2014

Drezdenko i Waldemar Gawiejnowicz


Dla mnie Drezdenko to przede wszystkim organy Sauera – opus 869 z 1902 roku. Przepięknie (dzięki inicjatywie mojego wybitnego kolegi z Poznania Waldemara Gawiejnowicza, który w tę rekonstrukcję włożył serce i rozum)  odrestaurowane przez firmę pana Marka Cepki z Wronek. Organy są częścią wyposażenia  kościoła zbudowanego w tym samym czasie. Zresztą i całe to spokojne miasteczko z zachowanym, co rzadkie w Polsce, układem ulic i placów bez wszędobylskich luk architektonicznych jest ogromnie malownicze.
Przez dużą część XX wieku, w której przyjęto barokowy ideał brzmienia, małe organy epoki industrialnej tj. przełomu XIX i XX wieku uważane były za instrumenty gorszej jakości. Nawet jeśli ktoś odważył się wyrazić zainteresowanie instrumentem pneumatycznym to musiał być to przynajmniej trzymanuałowy potwór z wielką ilością rejestrów i urządzeń pomocniczych. To spojrzenie jest w dużym stopniu efektem naszej gigantomanii. Doskonale pamiętam moje zaskoczenie, kiedy w kościele św. Krzyża w Cieszynie (organy Riegera, nominalnie 4 rejestry, a w rzeczywistości tylko 2: flet i pryncypał – typowy dla tej firmy „połówkowy” multipleks: każdy 8’ rejestr jest wykorzystany jako 4’) „odkryłem”, że ze znikomej ilości romantycznie intonowanych głosów można wyczarować prawdziwie symfoniczne brzmienie. Dziś podobnych doświadczeń z małymi, a nawet bardzo małymi późno- czy postromantycznymi instrumentami mam już bardzo wiele. Warto przypomnieć, że w tych czasach 30-głosowy instrument uważany był już za duże i potężne organy. Organy takie – dzięki znakomitej jakości pojedynczych głosów – są też często niezwykle inspirujące dla wykonawcy otwartego na postrzeganie ich kolorów i możliwościami tworzenia nowych barw poprzez ich twórcze mieszanie.
Takie właśnie możliwości dają pieczołowicie zrekonstruowane organy Sauera w Drezdenku.
Brawa dla Waldemara Gawiejnowicza za wieloletnie działania dla przywrócenia świetności tego cennego instrumentu i znaczący wkład w polską kulturę organową.


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Kaja Danczowska

Ostatnio przypadkiem trafiłem w radiu na coś zupełnie zachwycającego. Okazało się, że to  wykonanie Poematu Chaussona - reedycja dawnego dość nagrania Kai Danczowskiej z partią fortepianu wykonaną przez Maję Nosowską. Dla porządku: była to prezentacja płyty CD zawierającej nagrania archiwalne artystki.
http://sklep.polskieradio.pl/Products/12867-kaja-danczowska-skrzypce-violin.aspx

Kaję Danczowską słyszałem po raz pierwszy jeszcze jako zupełnie nieopierzony student - uczestnik konkursu klawesynowego w Krakowie. 1985 rok, dawne czasy. Wykonanie partii skrzypiec - z mojego ówczesnego punktu widzenia  (a pewnie dzisiaj moje odczucia byłyby podobne) - było tyleż niestylowe co zachwycające. Oczywiście trudno mi dziś te wrażenia racjonalnie zweryfikować, nie o to też chodzi. Do dzisiaj pozostała mi jednak pamięć nieopisanego zachwytu nad pięknem i urodą dźwięku artystki. Doskonała demonstracja tego, że często puryzm stylistyczny i siła oddziaływania scenicznego nie idą w parze (choć czasem jak najbardziej).  I to właśnie wrażenie z całą mocą powróciło dzięki przypadkowemu dość włączeniu radia.

Stąd - wykorzystując tę ulotną przygodę - pozwalam sobie jeszcze raz wyrazić mój wielki podziw dla kunsztu skrzypcowego Kai Danczowskiej, niezrównanego piękna jej dźwięku i potęgi jej wibracji. W jej wykonaniu zawsze służy emocjom i przy największym natężeniu  nie staje się nigdy histeryczna czy natrętna.