Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Wyborcza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gazeta Wyborcza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 grudnia 2023

Fizyk grawitacyjny i słynny jazzman zbadali muzykę. O pewnym nadużyciu ...

 

Coraz bardziej się przekonuję, że o muzyce można w Polsce napisać wszystko. Miejsce, jakie sztuka muzyczna, wiedza o muzyce zajmują w naszym społeczeństwie jest chyba tak niski, że każda bzdura, kłamstwo czy mistyfikacja mogą ujść bezkarnie.

Kilkakrotnie już ze zdumieniem przecierałem oczy czytając różne rewelacje „Wyborczej” na temat muzyki czy muzycznego szkolnictwa. Tłumaczyłem sobie to tak, że punkt ciężkości działalności „Wyborczej” to jednak walka o demokrację i sprawy zasadnicze dla naszego społeczeństwa. Przed Świętami zmuszony byłem jednak jeszcze mocniej przetrzeć oczy. Zakładam, że nie chodzi tu o spóźniony Prima Aprilis, lecz artykuł na poważnie … Chociaż muszę przyznać, że zdanie:

Szansa na to, że Leszek Możdżer spotka się z prof. Nurowskim i zagra na konferencji, była – jak z grubsza oszacowałem – mniejsza niż 1 do wieku Wszechświata wyrażonego w sekundach.

wskazywałoby na żartobliwy charakter artykułu, zakładający, że inteligentny czytelnik zrozumie, że ma do czynienia z reklamą muzycznego projektu, a nie poważnym opisem.

Oczywiście pomysł przedstawienia na konferencji naukowej koncertu wybitnego muzyka eksperymentującego ze sztucznie wykreowaną muzyczną skalą jest wciąż znakomity i bardzo oryginalny. Sądzę jednak, że wielu czytelników nie wprowadzonych w tematykę skal muzycznych, temperacji, wreszcie możliwości instrumentów klawiszowych (a zakładam, że większość czytelników takiej wiedzy nie ma i mieć nie musi) weźmie wiele stwierdzeń Piotra Cieślińskiego za prawdę. Stąd myślę, że w ramach założonej konwencji przydałby się od czasu do czasu przynajmniej mały smajlik.

Piotr Cieśliński donosi o wynalezieniu w Polsce nowego rodzaju fortepianu; fortepianu „dekafonicznego”. Na prośbę Leszka Możdżera … stworzyliśmy zupełnie nowy FORTEPIAN DEKAFONICZNY. Przeczytałem artykuł i, zaiste, zachodzę w głowę, czy naprawdę przemalowanie dwóch czarnych klawiszy na biało w starym fortepianie z odzysku plus egzotyczne nieco nastrojenie instrumentu (i przeliczenie menzur strun w taki sposób, aby nie spowodowały naruszenia właściwości statycznych instrumentu) można uznać za wynalazek.

Warto przyjrzeć się niektórym stwierdzeniom autora artykułu cytującego, jak rozumiem wypowiedź Leszka Możdżera:

10-stopniowy system jest prostszy, mózg jest mniej zajęty rachowaniem, więc czerpie większą przyjemność z muzyki.

- Dlatego proste melodie oparte na ledwie kilku akordach są na szczycie list przebojów. I z tego samego powodu jazz nigdy się tam nie znajdzie.

Myślę, że to opowiedziany na koncercie przez Możdżera dowcip. Zwróćmy jednak uwagę, że mówimy o zupełnie rożnych rzeczach. Czym innym jest ograniczenie czy nawet pewne prostactwo środków użytych w ramach jakiegoś systemu, czym innym zmiana tego systemu na zupełnie inny.

Możemy wyobrazić sobie bardzo wyrafinowaną muzykę opartą o 5-tonową pentatonikę i prymitywny utwór w 53-tonowej skali temperowanej. A czy coś znajdzie się na szczytach list przebojów to już zupełnie inna sprawa … zakładam, że muzyka w 10-tonowej skali wykorzystowanej przez Możdżera ma na to małe szanse (i nie jest to z mojej strony stwierdzenie pejoratywne w stosunku do jego sztuki!).

Dalej autor podaje, że wg prof. Nurowskiego „skala 10-tonowa ma najmniejszy komat pitagorejski”. Komat pitagorejski polega na tym, że po nastrojeniu 12 kwint czystych akustycznie wyrażonych stosunkiem częstotliwości drgań 3:2 „wylądujemy” nieco wyżej niż po nastrojeniu 7 oktaw (2:1). Istotnie, jak to zaznacza autor, w wypadku chęci ograniczenia ilości dźwięków w oktawie do 12 musimy tę róznicę w jakiś sposób uwzględnić np. pomniejszając wszystkie lub niektóre kwinty. Dziś, najczęściej ów mały muzyczny interwał rozkłada się równomiernie na wspomnianych 12 kwint odpowiednio je pomniejszając. Jest to w każdym razie wartość stała, w często stosowanym w akustyce systemie centów (100 centów oznacza półton, czyli 1/12 oktawy w równomiernym systemie 12-tonowym) wynosi ok. 23.6 centów. Zakładam, że w systemie 10-tonowym konieczna jest podobna „temperacja”. Rozumiem, że po nastrojeniu 10 analogicznych interwałów w skali 10-tonowej, które podobnie jak kwinty w systemie 12-tonowym prawie zamkną się w 7 oktawach, otrzymamy mniejszy niż pitagorejski komat; nie możemy tu jednak mówić o komacie pitagorejskim, który oznacza bardzo konkretne zjawisko w konkretnym systemie.

Fantastyczne, że muzycy i to muzycy tej klasy co Możdżer eksperymentują z alternatywnymi skalami równomiernie temperowanymi. Znakomicie, że w projekcie uczestniczą wybitni naukowcy i budowniczowie instrumentów. Reklamowanie fajnego eksperymentu jako czegoś unikalnego wydaje się jednak poważnym nadużyciem, zważywszy choćby fakt, że konstruowanie różnego rodzaju równomiernych temperacji jest po prostu ważną i wciąż podlegającą badaniom dziedziną akustyki, co autor kompletnie ignoruje. Sporo informacji na ten temat znaleźć można choćby w Wikipedii:

https://en.wikipedia.org/wiki/Equal_temperament

Dobrze, że bardzo szybko usunięto bądź opatrzono prawidłowym podpisem fotografie różnych instrumentów zbudowanych bądź znajdujących się w kolekcji Andrzeja Włodarczyka (i nie mających zupełnie nic wspólnego z „fortepianem dekafonicznym”) przedstawianych jako nowowynaleziony fortepian. Aby nie zarzucono mi gołosłowności wklejam tu zrzuty ekranu jeszcze z przedświątecznej soboty.  Instrumenty na zdjęciach to zbudowana przez Andrzeja Włodarczyka kopia XVIII-wiecznego fortepianu Waltera oraz XIX-wieczny fortepian trójkątny ("spinet piano") z Jego kolekcji (oba instrumenty i inne odrestaurowane warto zresztą naprawdę zobaczyć!):





Powtórzę jednak jeszcze raz. Przedstawianie przemalowania dwóch klawiszy w oktawie i przestrojenia starego instrumentu nie może być przedstawiane jako wynalazek nowego fortepianu. 


 

To jednak chyba zbyt agresywna promocja ciekawego skądinąd muzycznego projektu.






środa, 29 stycznia 2020

U nas w szkole muzycznej czwórka to porażka. Uczeń się powiesił, połowa klasy bierze xanax. Odpowiedź.



27 stycznia ukazał się w „Dużym Formacie” artykuł Aleksandry Szyłło „U nas w szkole muzycznej czwórka to porażka. Uczeń się powiesił, połowa klasy bierze xanax”. Tytuł zaciekawił mnie, rozpocząłem lekturę … Jakież było moje zdziwienie kiedy okazało się, że adresatem zarzutów jest szkoła, której jestem absolwentem, w której dwa lata pracowałem (prawda, dawno…), w której prowadziłem spotkania z uczniami. Ciekawość przerodziła się w oburzenie kiedy zdałem sobie sprawę, że autorka bezczelnie wykorzystuje tragiczne wydarzenie dla młócenia cepem bliżej nieokreślonego „systemu” dopuszczając się przy tym praktyk dziennikarskich, których nie kojarzyłbym z prenumerowaną przez siebie i podziwianą za niezłomną walkę o zachowanie polskiej demokracji „Gazetą Wyborczą”. Mam nadzieję, że redakcja się opamięta. Rozumiem, że problematyka szkolnictwa muzycznego nie jest w centrum zainteresowania „Gazety Wyborczej”, niemniej jak sądzę każdy dziennikarz, który artykuł przeczyta zorientuje się od razu, że praktyki dziennikarskie, którym hołduje pani Szyłło dalekie są od elementarnych podstaw prasowej etyki.
Artykuł zbudowany jest w następujący sposób. Jednostkowe wydarzenie , jakim jest tragiczne samobójstwo ucznia szkoły, obudowane jest przypadkowo nieco dobranymi wypowiedziami rodziców, z których wynika, że połowa najlepszej klasy bierze xanax (dowodów oczywiście brak). Do tego domieszane zostały – jako nieodzowna przyprawa - informacje o jakimś molestowaniu w środowisku muzycznym ( nie chodzi tu bynajmniej o tę konkretną szkołę!) oraz wypowiedzi ekspertów: pani Violi Łabanow (prezesa Smykofonii i przeciwnika szkolnictwa muzycznego w obecnym kształcie), pana Wojciecha Walczaka – profesjonalnego instrumentalisty - altowiolisty oraz pani Marii Mach (Krakowy Fundusz na Rzecz Dzieci). Ta trzecia wypowiedź, bardzo wyważona i sensowna, nie ma żadnego związku z opisywaną sprawą. Ma tylko stworzyć złudzenie profesjonalizmu dziennikarki. Artykuł cytuje również wypowiedzi dyrektorki Zespołu Szkół Muzycznych – pani Hanny Sawickiej – wyrażających oczywiste zaniepokojenie wydarzeniem.
Postulat artykułu jest bardzo mocny. Trzeba o tym pisać, trzeba bić na alarm, podjąć dyskusję, zmienić system! Oczywiście wygłaszany jest on w artykule nie bezpośrednio przez autorkę, która musiałaby wtedy wziąć odpowiedzialność za swoje słowa …
Zanim zdemaskuję metodę autorki kilka słów na temat owego „systemu”. Z mojego punktu widzenia istniejący w Polsce system szkół muzycznych jest unikalnym i pozytywnym zjawiskiem. Jako profesor dwóch wyższych muzycznych uczelni często biorę udział w spotkaniach, seminariach, kursach doskonalenia dla nauczycieli. Bardzo często szkoły muzyczne stają się małymi lokalnymi centrami kultury. Mam wielu przyjaciół, którzy są oddanymi i pełnymi pasji nauczycielami. Warto przypomnieć, że w szkołach muzycznych nauka przedmiotu głównego odbywa się w systemie one-to-one, to oznacza, że uczeń ma bezpośredni i zindywidualizowany kontakt z nauczycielem (a nie tylko z jakąś bezduszną systemową machiną, co wydaje się sugerować autorka artykułu). Co pewien czas ktoś wpada na genialny pomysł, aby ten system zmienić i zreformować, a środki przeznaczyć na coś innego np. na krzewienie amatorskiego uprawiania muzyki. W Polsce rzeczywiście brakuje szerokiego upowszechniania kultury muzycznej dla uczniów, którzy nie zakładają przyszłej kariery profesjonalnej w tym kierunku. Nikt w Polsce (a może się mylę … ?) nie postuluje jednak np. zamknięcia szkół mistrzostwa sportowego i przekazanie uzyskanych w ten sposób środków na zakup sprzętu sportowego na zajęcia WF-u. Zgadzamy się raczej w większości, że to dwa różne obszary; oba ważne i wzajemnie komplementarne. Tak samo jest w dziedzinie muzyki. W Polsce mamy dobrze działający system szkół muzycznych i leżącą odłogiem warstwę szerzej rozumianej popularyzacji muzyki.
Ale, ad rem …
Artykuł dotyczy pojedynczego przypadku opisywanego w dramatyczny sposób ustami jednej z mam (Agata, pracownica korporacji, Mama pianistki…):
M. się powiesił. W domu. W czwartek 5 grudnia. Leżał potem jeszcze ponad tydzień w szpitalu, lekarze próbowali go odratować. Dzieci ze szkoły dowiedziały się tego samego dnia. One wiedziały, a my, dorośli, nie
Styl równoważników zdania wzmacnia dramatyzm przekazu. Ale zastanówmy się nad jednym. To, że jedno z dzieci nie powiedziało rodzicom świadczy o… No właśnie, o czym ? O szkole? Naprawdę?
Samobójstwa wśród młodzieży licealnej się niestety zdarzają, to bardzo wrażliwy okres w życiu. Autorka z pojedynczego faktu wyciąga jednak bardzo daleko idące wnioski dotyczące całego „systemu”. Nie dowiadujemy się czy tragedia została spowodowana przez niepowodzenia w szkole czy poza nią. Nie wypowiadają się ani rodzice, ani wychowawca klasy, ani nauczyciel przedmiotu głównego. Rozumiem, że łatwiej rzucić błotem w bliżej nieokreślony system, źle skierowane oskarżenie mogłoby przecież skutkować np. procesem sądowym. Tak naprawdę o tym fakcie nie dowiadujemy się nic. Autorka ewidentnie zdaje sobie sprawę, że takie argumenty dotyczące zmiany systemu są zbyt słabe. Stąd przyprawia pichconą przez siebie przyprawę informacjami o xanaxie, który bierze „połowa najlepszej klasy” i o którym wiedzą jakoby wszyscy. To jednak również jest chyba za słabe. Pada zatem informacja o przypadkach molestowania w środowisku muzycznym (wypowiedź Wojciecha Walczaka) :
Jest jeszcze coś, o czym w ogóle się nie mówi: molestowanie seksualne. Wiem o jednym nauczycielu, który obnażał się przed uczniami. Sprawa trafiła do sądu, ale zakończyła się ugodą. Innym razem wspierałem koleżankę, która była molestowana przez profesora na uczelni. Namawialiśmy ją, żeby wniosła oskarżenie, ale się wycofała. Może akcja #MeToo coś zmieni, może osoby doświadczające molestowania przestaną się obawiać wstydu i ostracyzmu.
Uważny czytelnik na pewno zauważy, że informacje nie dotyczą tej konkretnej szkoły, a jedynie pewnych znanych intelokutorowi przypadków. Informacje prawdopodobnie padły w dłuższej rozmowie dziennikarki z panem Walczakiem. Mniej uważny czytelnik w gąszczu informacji tej „subtelnej” manipulacji raczej nie wychwyci.
W każdym razie artykuł nie przynosi istotnych informacji na temat np. ilości samobójstw w szkołach muzycznych a ogólnokształcących, nie wiem zresztą czy takie badania kiedykolwiek miały miejsce. Nie wie tego chyba również autorka artykułu i wiedzą tą raczej nie jest zainteresowana. Cytowanie bowiem fachowych opracowań, statystyk nie jest przecież tak dynamiczne jak zasłyszane na korytarzach wypowiedzi wybranych przez dziennikarkę rodziców. Sądzę jednak, że bez takich „twardych” informacji wszelkie wyrokowanie na temat „systemu” jest pozbawione jakichkolwiek podstaw.

Autorka próbuje zdruzgotać „system” za pomocą wypowiedzi pani Violi Łabanow. Ponieważ – na tle całości artykułu – w tej części padają jakieś konkretne postulaty – warto do tej wypowiedzi odnieść się w całości. To przykre, że osoba prowadząca naprawdę cenną działalność popularyzatorską dała się wmanipulować w tak niesmaczną nagonkę bądź zechciała po prostu skorzystać z nadarzającej się okazji dla zwalczania nielubianego przez siebie (do czego ma oczywiście prawo) systemu szkół muzycznych. W jej wypowiedzi niemal każde zdanie zasługuje jednak na ripostę i sprostowanie:
Tak dużego, scentralizowanego systemu szkół muzycznych służących kształceniu zawodowemu nie ma nigdzie na świecie. Tylko w Polsce.
Nieprawda. Na czym polega owa centralizacja? Owszem jest kontrola Centrum Edukacji Artystycznej, programy nauczania to jednak w dużym stopniu opracowane i realizowane autorskie koncepcje. Nie jestem znawcą systemów edukacyjnych, ale system szkół muzycznych działa np. w niektórych krajach postsowieckich; przy czym są to społeczeństwa często znacznie bardziej uwrażliwione na muzykę niż polskie. Znane mi nieco szkolnictwo np. w Ukrainie jest znacznie bardziej wymagające i rygorystyczne; polskie jest chyba dobrym kompromisem między stawianymi uczniom wymaganiami a koniecznością zapewnienia luzu i przestrzeni. We Francji działa system konserwatoriów niezależnych od kształcenia ogólnokształcącego, jest ono dość rygorystyczne, nie daje jednak możliwości łączenia kształcenia ogólnego i specjalistycznego w jednym budynku. Taka możliwość postrzegana jest raczej jako zaleta!
Niektórzy uważają, że to powód do dumy. Ja uważam, że jest to jedna z przyczyn słabego poziomu muzycznego naszego społeczeństwa.
Na jakiej podstawie? Co ma piernik do wiatraka? W tych szkołach nie uczy się całe „nasze społeczeństwo”.
Odpadają z tego systemu dzieci zdolne i wrażliwe, którym tresura i stres wybiły muzykę z głowy.
Myślę, że to może się zdarzyć w wypadku nazbyt wymagających nauczycieli. W żadnym wypadku nie jest jednak tak, że szkoły muzyczne programowo wprowadzają system „tresury”. Nie ma również dowodów na to, że tak się powszechnie dzieje.
Wyselekcjonowane, ogólnie bardzo zdolne dzieci, które mogłyby mieć wybitne osiągnięcia w innych dziedzinach, w szkole muzycznej poddawane są presji ograniczającej rozwój twórczy.
Również proszę o jakiekolwiek dowody. To gołosłowne i ogólnikowe zarzuty. Twierdzenie nie jest w żaden sposób uzasadnione. W Polsce istnieje równoległy system szkół muzycznych popołudniowych; dziecko może chodzić do „zwykłego” liceum i osobnej szkoły muzycznej.
Wielu, by zadowolić rodziców i nauczycieli, niepotrzebnie kończy uczelnię muzyczną.
Wiele osób, by zadowolić rodziców, kończy uczelnie prawnicze, medyczne, inżynierskie … Pewnie lepiej aby tak nie było, ale co pani Łabanow (i pani Szyłło) właściwie chce tym udowodnić?

W tekście pani Szyłło pada jeszcze jedno nieprawdziwe stwierdzenie. Wytłuszczone przez autorkę.
Studia muzyczne nie przygotowują psychicznie i duchowo do bycia pedagogiem, mentorem, oparciem dla młodej osoby.
Uczelnie muzyczne mają moduły przedmiotów pedagogicznych. Rozumiem, że chodzi tu jednak o owo tajemnicze stwierdzenie: „psychicznie i duchowo”. Faktem jest, że najwspanialszą nauką własnej pedagogiki jest wzór mistrza – artysty i pedagoga w jednym. Nie wszyscy nauczyciele takim wzorem są, to również prawda. Ciekaw jestem skąd pani Szyłło bierze wiedzę, że takich w uczelniach muzycznych nie ma? Jako profesor dwóch muzycznych akademii mogę jedynie powiedzieć, że wielu moich kolegów to wspaniali artyści-pedagodzy, niektórzy zaś są bardziej artystami, niektórzy zaś tylko pedagogami. Jak pisałem, uczelnie starają się jednak zapewnić studentom dostęp do wiedzy pedagogicznej niezależnie od indywidualnych predyspozycji profesorów przedmiotu głównego i niejako kompensując ewentualne niedostatki. Cóż mogą zrobić więcej?

Główną wadą artykułu jest rzucenie oskarżenia w stronę „systemu” bez wysłuchania tych rodziców, dzieci, nauczycieli, którzy istniejący w Polsce model szkół muzycznych uważają za dobry. Takie opinie zostały tu po prostu pominięte, co chyba najdobitniej wskazuje na jakość dziennikarstwa pani Szyłło. Niniejsza riposta ma za zadanie wypełnić nieco ten brak.

W czasie mojej wieloletniej kariery artystycznej i pedagogicznej, związanej głównie z uczeniem na poziomie uczelni wyższej, wielokrotnie spotykałem się ze środowiskiem nauczycieli szkół muzycznych. Zetknąłem się tam z wieloma wspaniałymi ludźmi, nauczycielami z powołania, pełnymi fantazji i kreatywności uczniami. Region, w którym mieszkam – Górny Śląsk jest bardzo „nasycony” szkołami muzycznymi. Stanowią one ważny element kulturalnego „krwiobiegu”. Ta odpowiedź jest wyrazem mojego uznania dla starań i pracy tego środowiska. Chciałbym również bronić systemu, którego zazdrości nam wiele społeczeństw; systemu, który jest dobry i potrzebny.
Artykuł, na który odpowiadam może stać się ważnym orężem w walce o zabranie pieniędzy drogim, prowadzącym indywidualne nauczanie, zmuszonym do inwestowania w instrumentarium szkołom muzycznym. Od lat społeczność tych szkół z trwogę wsłuchuje się w różne zapowiedzi „reform” mających na celu np. zastąpienie nauczania indywidualnego zbiorowym.
To, czego w Polsce brakuje to jeszcze jeden element systemowej układanki, jakim jest odpowiednia obecność muzyki w szkołach ogólnokształcących i ogólnie w społeczeństwie. Tego mostu jednak nie naprawimy burząc najpierw zdrowe i dobrze działające przęsło.
Chciałbym również wyrazić moje oburzenie faktem, że artykuł niespełniający minimalnych wymagań rzetelności dziennikarskiej nie został wychwycony przez redakcję cenionej przeze mnie „Gazety Wyborczej”, która pozwala tym samym, aby autorka dopuszczająca się tak ewidentnej manipulacji grzała się w cieniu dziennikarzy walczących o lepszą i demokratyczną Polskę, dbających o najwyższy poziom etyki zawodowej.