12 listopada zmarł Michel Chapuis.
Dla mnie - organista, który bardzo naznaczył moją muzyczną drogę, choć nigdy moim nauczycielem nie był.
A było to tak ...
W 1987 roku po raz pierwszy w życiu pojechałem na zagraniczny kurs (St. Bertrand de Comminges). Powiedzieć, że byłem nieopierzonym organistą to mało. W pierwszym tygodniu wykładowcą był Andre Stricker - alzacki organista, specjalista od muzyki dawnej. Muzyk o pedantycznym podejściu do artykulacji, który w swoich nutach zaznaczał każdy łuk, każde oderwanie ... Przeanalizował chyba wszystkie kantaty Bacha. Wymagał stuprocentowej dokładności w realizacji muzycznej "interpunkcji".
Ponieważ o barokowej artykulacji nie miałem wtedy żadnego pojęcia to nieco akademickie podejście było dla mnie otwarciem oczu na nieznany mi dotąd świat.
Strickera spotkałem zresztą później w czasie moich strasbourskich studiów.
W drugim tygodniu wykładowcą był zaś Michel Chapuis poruszający się po Francji swoim dostawczym Citroenem, blaszaną "camionette", w której trzymał na wieszaku koncertowy garnitur. Postać niecodzienna, nieco może dziwaczna i bardzo oryginalna. O ile Andre Stricker pokazał mi reguły, o tyle Michel Chapuis pokazywał jak - znając reguły - nic sobie z nich nie robić. Przyznacie - wielce skrócony, dwutygodniowy kurs artyzmu ! A w każdym razie Chapuis pokazywał jak do reguł podejść z artystyczną dezynwolturą. Nigdy nie zapomnę z jaką skromnością i klasą Chapuis akompaniował do gregoriańskiej Mszy w żeńskim klasztorze. A rok później słyszałem (gdzieś w Ile de France) koncert z muzyką Dietericha Buxtehude, który dosłownie urzekł mnie poezją registracji. Cudowne miękkie barwy, zestawienia kolorystyczne, na które nie poważyłby się chyba żaden znany mi organista. Coś z tego zostało mi do dziś. Grając np. Passacaglię d-moll pamiętam to wykonanie (choć nie wiem czy i ten utwór był wtedy w programie...). Staram się czasem na koncertach odtworzyć ten klimat.
A potem jeszcze inauguracja organów w kościele St. Guillaume w Strasbourgu. Pierwszy raz słyszałem jak Chapuis improwizuje w historycznych stylach. To było zjawiskowe.
Cudowny, zadziwiający i fascynujący muzyk, o bardzo niekonwencjonalnym spojrzeniu na muzykę, wykonywane utwory...
W St. Bertrand de Comminges był też klawesynista - Jean Patrice Brosse, od którego nauczyłem się po raz pierwszy operowania czasem i francuskiej sztuki swobodnego oddechu. To wtedy właśnie postanowiłem uczyć się we Francji i nigdzie indziej ...
Ale to już temat na inną opowieść !
poniedziałek, 13 listopada 2017
Sonaty skrzypcowo - klawesynowe Bacha. Lublin 12 listopada 2017. Robert Bachara.
Kolejne wyzwanie,
kolejna „książeczka” (a właściwie sądząc po wydaniu, z którego gram –
książeczki dwie!). Sześć sonat na klawesyn i skrzypce (i chyba
nie ujmując nic partii skrzypiec to jest ta właściwa nazwa).
BWV1014-1019. Muzyka dla klawesynisty wyjątkowo wymagająca; pisana
nieklawesynowo, bardzo ruchliwy bas-lewa ręka, wymagania nie
ustępujące pod względem trudności utworom solowym, przy czym nie
ma tu możliwości autopomocy agogicznej i rozwiązywania problemów
technicznych poprzez sztuczki interpretacyjne.
Robert Bachara to
partner inspirujący, a zarazem wymagający, gdyż trzeba stanąć na
wysokości Jego wirtuozowskiej sztuki. Wiele komentarzy podkreśla Jego cudowne, zjawiskowe piana; delikatny, choć zawsze czytelny dźwięk.
Brak siłowego forsowania instrumentu, kultura interpretacyjna.
Ogromna przyjemność
z takim solistą grać! A dla mnie był to ten pierwszy raz.
Poniżej kilka miłych
komentarzy ściągniętych przeze mnie z Facebooka:
Barok w Lublinie! Marek Toporowski (w życiowej formie), Robert Bachara (w życiowej formie), Jan Sebastian Bach (w życiowej formie). Trwa próba generalna - będzie pięknie!
Dziękujemy za fantastyczny koncert w Lublinie. Słuchanie Panów to była prawdziwa, czysta przyjemność obcowania z muzyką Bacha, bez przeszkód. Idealnie zgrani- mistrz klawesynowego touche i mistrz skrzypcowego piana (nie tylko oczywiście, ale te piana mnie powaliły!)
piątek, 10 listopada 2017
Sonaty triowe ponownie w Siedlcach. 9 listopada 2017
Po raz kolejny
zagraliśmy w naszym stałym składzie z Markiem Caudle i Irminą Obońską nasze
„fryderykowe” sonaty w Siedlcach (sześć sonat triowych BWV
525-530 nagranch na płycie „Organy Joachima Wagnera III”).
Projekt specyficzny, w którym partia basu została zastąpiona basso
continuo (na wczorajszym koncercie wiolonczela i klawesyn). Projekt,
który ma swój w Siedlcach dom i projekt, który – jak się
okazało – funkcjonuje najlepiej w tych specyficznych
uwarunkowaniach (organy z czasów Bacha, stosowne dla muzyki Bacha,
bez pedału, stojące w kameralnej z ducha sali).
Po raz kolejny muszę
skonstatować, że partii basu wykonana przez tak znakomitego
kameralistę jak Mark Caudle żaden choćby najbardziej sprawny
nożnie organista nie dorówna. A wczoraj grał znakomicie!
Po raz kolejny chylę
czoła przed kapitalną działalnością Małgorzaty Trzaskalik (i
Irka Wyrwy) budującą niezwykle ciekawy organowy krajobraz Siedlec.
wtorek, 7 listopada 2017
Moi mistrzowie. Wielka sztuka francuskiej pedagogiki. Daniel Roth. Aline Zylberajch.
Opisany przeze mnie poniżej jubileusz
mojego wielkiego mistrza – Daniela Rotha – obudził we mnie wiele
wspomnień z moich francuskich lat. Takie wydarzenie skłania jednak
do refleksji...
Siedząc teraz w samolocie rozmyślam
na przykład o tym czego nauczyłem się od moich francuskich
profesorów. Nie tylko jako wykonawca, ale również nauczyciel i
człowiek.
Mam teraz na myśli przede wszystkim
mojego mistrza organów – Daniela Rotha i moją ukochaną
mistrzynię klawesynu – Aline Zylberajch. Również jednak wiele
innych osób, z którymi mój kontakt był trochę mniej częsty …
Ograniczę się jednak do dwojga wyżej wspomnianych mistrzów.
Warto powiedzieć, że konserwatorium w
Strasbourgu było konserwatorium regionalnym. Bardziej dojrzałym
uczniom (grands eleves) przyznawano status studenta. Moi profesorowie
uczyli zarówno zaawansowanych już adeptów sztuki muzycznej, jak i
osoby młodsze.
Być może temu przypisać należy to,
że byli w stanie „złapać” ucznia w tym momencie, w którym
akurat się znajdował. Sytuacje, których często byłem świadkiem
w polskim muzycznym światku („ja go nie będę tego uczył, bo to
powinien już wiedzieć”) tam nie miały miejsca. Jeśli miałeś
zaległości były one po prostu konsekwentnie uzupełniane i
nadrabiane.
Nie wolno przeskakiwać, „palić za
sobą” etapów. Naucz się najpierw jednego, a potem wskakuj na
następny poziom.
Konsekwencją tej zasady była ogromna
cierpliwość, konsekwencja w powtarzaniu i wymaganiu tych samych
rzeczy.
Choć byli wielkimi mistrzami nigdy nie
pozwalali sobie na nieprzemyślaną krytykę i dowartościowywanie
własnych kompleksów kosztem ucznia. Nawet o słabszych uczniach nie
wyrażali się nigdy z przekąsem i ironicznie.
Najpierw chwalili, potem krytykowali.
Krytyka – nigdy ad personam. Zawsze poprawiali konkretne miejsce
lub problem.
Nigdy nie baliśmy się przed nimi
grać, choć wiedzieliśmy, że to co – na razie – potrafimy –
jest dalekie od tego poziomu, który już osiągnęli oni. Wręcz
lubiliśmy dla nich grać!
Nie przytłaczali nas własnym graniem,
pokazywali tylko to, co było konieczne dla naszego – nie ich –
rozwoju.
Zawsze im się chciało, nawet kiedy
byli zmęczeni nie pokazywali tego.
Pozwalali pokazać nam nasze własne
próby do końca, nie przerywali nawet słabszych wykonań. Dawali
nam możliwość spróbowania własnych sił i dopiero wysłuchawszy
pokazywali drogę, która pozwalała nam posunąć się o krok dalej.
Nigdy chyba nie przechodzili żadnego
kursu „pedagogiki” czy „metodyki”. Ich wiedza o traktowaniu
ucznia/studenta wynikała chyba z wieloletniej tradycji dobrego i
mądrego uczenia. Moi mistrzowie przejęli to od swoich profesorów.
A może po prostu to ja miałem
szczęście ?
Może dobrze trafiłem ? Na prawdziwych
mistrzów ?
poniedziałek, 6 listopada 2017
Daniel Roth ma 75 lat. Wielkie organowe święto w Paryżu.
Wczoraj przeżyłem
jeden z najbardziej wzruszających dni w moim życiu. Spotkanie po
wielu latach z moim dawnym profesorem – Danielem Rothem. Wyjątkowym
człowiekiem i muzykiem, który w moim życiu odegrał rolę
decydującą. Kimś, kto ukształtował mnie jako organistę.
Pomagał i wspierał w trudnych chwilach.
W zeszłym tygodniu
obchodził 75 urodziny, a agencja ORGAN Promotion i Michael Grüber
zorganizowali z tej okazji w Paryżu przepiękną uroczystość.
Niewątpliwie
najmocniejszym momentem była Msza w kościele St. Suplice, w czasie
której – oprócz improwizacji - wykonana została „Missa
Beuronensis” jubilata – utwór o fascynującym języku
harmonicznym i wielkiej głębi wyrazu, napisany w technice
alternatim,
w której wersety śpiewane przez scholę gregoriańską przeplata
„właściwa” kompozycja tj. wersety organowe.
Po
Mszy nastąpił koncert, w którym Daniel Roth pokazał mistrzostwo w
specyficznej tradycji formy improwizacji, którą spopularyzował
Charles Tournemire – parafrazy gregoriańskiej.
A
improwizował, oczywiście, już przed Mszą.
To po prostu
niewiarygodne, że tak można grać w wieku 75 lat. Zachować przez
wiele godzin fantastyczną koncentrację, panowanie nad formą,
stylem, jezykiem i wyrazem tworzonych ad hoc kompozycji. Przez kilka godzin nie powtarzać się i trzymać koncentrację słuchacza w ciągłym napięciu i zaciekawieniu! Niezawodnie
i nieskazitelnie pod względem technicznym, z młodzieńczą
fantazją, a jednocześnie bez jakichkolwiek tanich efektów, z
głębią wyrazu człowieka dojrzałego i mądrego.
Słowa są bezsilne,
tam trzeba było po prostu być. Na tym blogu nie mogło jednak
zabraknąć skromnej relacji z tego wielkiego organowego święta.
Z okazji jubileuszu przygotowano specjalne wydawnictwo "Licht im Dunkel". Mam nadzieję wkrótce o nim napisać...
Z okazji jubileuszu przygotowano specjalne wydawnictwo "Licht im Dunkel". Mam nadzieję wkrótce o nim napisać...
środa, 19 lipca 2017
PROTESTUJĘ !
W Polsce umiera demokracja.
Nie mogę teraz demonstrować w Warszawie. Robię to zatem symbolicznie na tym blogu.
Protestuję przeciwko dewastowaniu wymiaru sprawiedliwości w Polsce.
wtorek, 4 lipca 2017
Trzy dyplomy
Trochę dziwnie się
czuję. Trójka moich „ostatnich” studentów-klawesynistów z
Katowic właśnie zagrała (30.06) swoje recitale dyplomowe. Klasę
trzeba będzie ponownie zacząć budować, takie życie ... Ostatnie
lata były jednak bardzo dobrym okresem w historii mojej katowickiej
klasy (a myślę tu również o wcześniejszych absolwentach, o
których tu nie piszę), tak się złożyło …
Największą radość
sprawiło mi to, jak bardzo są różni, zorientowani na różne
aspekty klawesynowego wykonawstwa. Cieszę się zawsze, że w mojej
klasie (mam nadzieję, że tak jest) mogli się odnaleźć i podążać
w wybranym przez siebie kierunku.
Joanna Owczarek –
nie tylko klawesynistka, ale również świetna pianistka i
„pianoforcistka”. Znakomicie łącząca fortepianową ekspresję
z językiem klawesynu, co fantastycznie procentuje w wypadku muzyki
XVIII wieku, która zapowiada już ten nowy, romantyczno-fortepianowy
typ ekspresji. W swoim – bardzo obszernym recitalu – użyła
zarówno klawesynu, jak i kopii XIX-wiecznego fortepianu.
Małgorzata Klajn –
niesamowicie wykonująca muzykę współczesną. Oryginalna i twórcza
osobowość.
Tomasz Bonikowski –
również organista i kompozytor. Piękny dźwięk, dużo
dopracowanych, intelektualnych pomysłów interpretacyjnych. Grał
własną „edycję” koncertu klawesynowego Goldberga.
Swoją grą sprawili
mi ogromną radość. Ale przecież czeka ich trudne życie. Są
świetni, ale miejsc na muzycznej scenie czy rynku pedagogicznym nie
przybywa. O swoje trzeba walczyć. Niekoniecznie łokciami, ale,
umówmy się, łatwo nie jest.
Dlatego, chciałbym
im życzyć powodzenia, szczęścia i realizacji pomysłów. I trochę
bardziej gościnnego dla dobrej, wyrafinowanej muzyki świata.
A przede wszystkim
podziękować za to, że tak wiele od nich się nauczyłem. Bo
przecież największą dla nauczyciela nagrodą jest to, kiedy to
całe uczenie nie jest przekazywaniem prawd objawionych, ale działa
w obie strony. Bo ja wielu rzeczy nie robię tak dobrze jak oni!
Subskrybuj:
Posty (Atom)






