wtorek, 7 listopada 2017

Moi mistrzowie. Wielka sztuka francuskiej pedagogiki. Daniel Roth. Aline Zylberajch.


Opisany przeze mnie poniżej jubileusz mojego wielkiego mistrza – Daniela Rotha – obudził we mnie wiele wspomnień z moich francuskich lat. Takie wydarzenie skłania jednak do refleksji...
Siedząc teraz w samolocie rozmyślam na przykład o tym czego nauczyłem się od moich francuskich profesorów. Nie tylko jako wykonawca, ale również nauczyciel i człowiek.
Mam teraz na myśli przede wszystkim mojego mistrza organów – Daniela Rotha i moją ukochaną mistrzynię klawesynu – Aline Zylberajch. Również jednak wiele innych osób, z którymi mój kontakt był trochę mniej częsty … Ograniczę się jednak do dwojga wyżej wspomnianych mistrzów.
Warto powiedzieć, że konserwatorium w Strasbourgu było konserwatorium regionalnym. Bardziej dojrzałym uczniom (grands eleves) przyznawano status studenta. Moi profesorowie uczyli zarówno zaawansowanych już adeptów sztuki muzycznej, jak i osoby młodsze.
Być może temu przypisać należy to, że byli w stanie „złapać” ucznia w tym momencie, w którym akurat się znajdował. Sytuacje, których często byłem świadkiem w polskim muzycznym światku („ja go nie będę tego uczył, bo to powinien już wiedzieć”) tam nie miały miejsca. Jeśli miałeś zaległości były one po prostu konsekwentnie uzupełniane i nadrabiane.
Nie wolno przeskakiwać, „palić za sobą” etapów. Naucz się najpierw jednego, a potem wskakuj na następny poziom.
Konsekwencją tej zasady była ogromna cierpliwość, konsekwencja w powtarzaniu i wymaganiu tych samych rzeczy.
Choć byli wielkimi mistrzami nigdy nie pozwalali sobie na nieprzemyślaną krytykę i dowartościowywanie własnych kompleksów kosztem ucznia. Nawet o słabszych uczniach nie wyrażali się nigdy z przekąsem i ironicznie.
Najpierw chwalili, potem krytykowali. Krytyka – nigdy ad personam. Zawsze poprawiali konkretne miejsce lub problem.
Nigdy nie baliśmy się przed nimi grać, choć wiedzieliśmy, że to co – na razie – potrafimy – jest dalekie od tego poziomu, który już osiągnęli oni. Wręcz lubiliśmy dla nich grać!
Nie przytłaczali nas własnym graniem, pokazywali tylko to, co było konieczne dla naszego – nie ich – rozwoju.
Zawsze im się chciało, nawet kiedy byli zmęczeni nie pokazywali tego.
Pozwalali pokazać nam nasze własne próby do końca, nie przerywali nawet słabszych wykonań. Dawali nam możliwość spróbowania własnych sił i dopiero wysłuchawszy pokazywali drogę, która pozwalała nam posunąć się o krok dalej.

Nigdy chyba nie przechodzili żadnego kursu „pedagogiki” czy „metodyki”. Ich wiedza o traktowaniu ucznia/studenta wynikała chyba z wieloletniej tradycji dobrego i mądrego uczenia. Moi mistrzowie przejęli to od swoich profesorów.

A może po prostu to ja miałem szczęście ?
Może dobrze trafiłem ? Na prawdziwych mistrzów ?


poniedziałek, 6 listopada 2017

Daniel Roth ma 75 lat. Wielkie organowe święto w Paryżu.

Wczoraj przeżyłem jeden z najbardziej wzruszających dni w moim życiu. Spotkanie po wielu latach z moim dawnym profesorem – Danielem Rothem. Wyjątkowym człowiekiem i muzykiem, który w moim życiu odegrał rolę decydującą. Kimś, kto ukształtował mnie jako organistę. Pomagał i wspierał w trudnych chwilach.
W zeszłym tygodniu obchodził 75 urodziny, a agencja ORGAN Promotion i Michael Grüber zorganizowali z tej okazji w Paryżu przepiękną uroczystość.
Niewątpliwie najmocniejszym momentem była Msza w kościele St. Suplice, w czasie której – oprócz improwizacji - wykonana została „Missa Beuronensis” jubilata – utwór o fascynującym języku harmonicznym i wielkiej głębi wyrazu, napisany w technice alternatim, w której wersety śpiewane przez scholę gregoriańską przeplata „właściwa” kompozycja tj. wersety organowe.
Po Mszy nastąpił koncert, w którym Daniel Roth pokazał mistrzostwo w specyficznej tradycji formy improwizacji, którą spopularyzował Charles Tournemire – parafrazy gregoriańskiej.
A improwizował, oczywiście, już przed Mszą.
To po prostu niewiarygodne, że tak można grać w wieku 75 lat. Zachować przez wiele godzin fantastyczną koncentrację, panowanie nad formą, stylem, jezykiem i wyrazem tworzonych ad hoc kompozycji. Przez kilka godzin nie powtarzać się i trzymać koncentrację słuchacza w ciągłym napięciu i zaciekawieniu! Niezawodnie i nieskazitelnie pod względem technicznym, z młodzieńczą fantazją, a jednocześnie bez jakichkolwiek tanich efektów, z głębią wyrazu człowieka dojrzałego i mądrego.
Słowa są bezsilne, tam trzeba było po prostu być. Na tym blogu nie mogło jednak zabraknąć skromnej relacji z tego wielkiego organowego święta.
Z okazji jubileuszu przygotowano specjalne wydawnictwo "Licht im Dunkel". Mam nadzieję wkrótce o nim napisać...
Myślę, że było to jedno z najpiękniejszych i najmocniejszych przeżyć organowych w moim życiu. Coś co daje chęć do dalszego życia, coś, co przywraca wiarę w piękno i siłę muzyki.





środa, 19 lipca 2017

PROTESTUJĘ !



W Polsce umiera demokracja.
Nie mogę teraz demonstrować w Warszawie. Robię to zatem symbolicznie na tym blogu.
Protestuję  przeciwko dewastowaniu wymiaru sprawiedliwości w Polsce.

wtorek, 4 lipca 2017

Trzy dyplomy

Trochę dziwnie się czuję. Trójka moich „ostatnich” studentów-klawesynistów z Katowic właśnie zagrała (30.06) swoje recitale dyplomowe. Klasę trzeba będzie ponownie zacząć budować, takie życie ... Ostatnie lata były jednak bardzo dobrym okresem w historii mojej katowickiej klasy (a myślę tu również o wcześniejszych absolwentach, o których tu nie piszę), tak się złożyło …
Największą radość sprawiło mi to, jak bardzo są różni, zorientowani na różne aspekty klawesynowego wykonawstwa. Cieszę się zawsze, że w mojej klasie (mam nadzieję, że tak jest) mogli się odnaleźć i podążać w wybranym przez siebie kierunku.
Joanna Owczarek – nie tylko klawesynistka, ale również świetna pianistka i „pianoforcistka”. Znakomicie łącząca fortepianową ekspresję z językiem klawesynu, co fantastycznie procentuje w wypadku muzyki XVIII wieku, która zapowiada już ten nowy, romantyczno-fortepianowy typ ekspresji. W swoim – bardzo obszernym recitalu – użyła zarówno klawesynu, jak i kopii XIX-wiecznego fortepianu.
Małgorzata Klajn – niesamowicie wykonująca muzykę współczesną. Oryginalna i twórcza osobowość.
Tomasz Bonikowski – również organista i kompozytor. Piękny dźwięk, dużo dopracowanych, intelektualnych pomysłów interpretacyjnych. Grał własną „edycję” koncertu klawesynowego Goldberga.

Swoją grą sprawili mi ogromną radość. Ale przecież czeka ich trudne życie. Są świetni, ale miejsc na muzycznej scenie czy rynku pedagogicznym nie przybywa. O swoje trzeba walczyć. Niekoniecznie łokciami, ale, umówmy się, łatwo nie jest.
Dlatego, chciałbym im życzyć powodzenia, szczęścia i realizacji pomysłów. I trochę bardziej gościnnego dla dobrej, wyrafinowanej muzyki świata.
A przede wszystkim podziękować za to, że tak wiele od nich się nauczyłem. Bo przecież największą dla nauczyciela nagrodą jest to, kiedy to całe uczenie nie jest przekazywaniem prawd objawionych, ale działa w obie strony. Bo ja wielu rzeczy nie robię tak dobrze jak oni!



wtorek, 27 czerwca 2017

Nowy-stary pozytyw Mollina. I coś zupełnie innego: Pod prąd.


Ogromnie się wzruszyłem widząc jeden z pierwszych dwóch (o ile się nie mylę) pozytywów wykonanych przez nieodżałowanego organmistrza Józefa Mollina - prekursora wielu dobrych zmian w polskim organmistrzowstwie (również jednego z pierwszych budowniczych regularnie budujących instrumenty mechaniczne). Na organach tych grałem koncert na samym początku mojej kariery, chyba w Ostromecku w 1991 lub 1992 roku.


Instrument stoi obecnie w Muzeum Okręgowym (Ratusz) w Toruniu. Został też znakomicie odrestaurowany przez Krzysztofa Deszczaka z Lublina, którego działalność zasługuje również na najwyższe uznanie.

Powtórna inauguracja pozytywu uzyskała jednak dość niecodzienną oprawę. Organizatorzy (Festiwal Muzyki Cichej, Towarzystwo Bachowskie) zachęcili nas (koncert wykonywałem z moją żoną - Irminą Obońską) do zestawienia instrumentu z niezwykłymi towarzyszami - dwojgiem współczesnych emulacji organów Hammonda - Clavią Nord C2D i Hammondem XK 1. Clavia Nord - oprócz brzmień Hammonda B3 (oraz organów Farfisa i Vox) dysponuje cyfrowymi próbkami organów barokowych. Stąd możliwe było wykonanie muzyki na "dwa pozytywy".
Zanim opiszę - z mojego oczywiście punktu widzenia - efekt muszę przypomnieć, że dla większości miłośników organów piszczałkowych organy elektroniczne (w różnych postaciach) stanowią kamień obrazy. Szczególnie te mające za zadanie imitować organy klasyczne, choć warto przypomnieć, że pierwsze Hammondy miały być tańszym instrumentem kościelnym i dopiero post factum  stały się sztandarowym instrumentem muzyki jazzowej, a przede wszystkim bluesa. 
No więc - efekt był dobry ! W bardzo nieoczekiwany sposób pozytyw i Clavia Nord stopiły się w jedno brzmienie np. w Canzonie Adama Jarzębskiego. 
Dzięki obecności dodatkowego "klawisza" mogliśmy też pokazać dwuorganowy koncert Solera i wykonać Sonatę triową G-dur Bacha. 



Osobiście lubię grać i na tradycyjnych instrumentach - dających większą możliwość kontroli artykulacji i dźwięku, i imitujących je na instrumentach elektronicznych. W różnych postaciach stały się one częścią współczesnego świata. Wydaje mi się jednak, że umiejętność dobrego "oszukania" słuchacza jest możliwa dla wykonawcy, który zna brzmienie i funkcjonowanie oryginału. 

A przede wszystkim jak fajnie móc bawić się różnymi klawiszami! I o tym jest i będzie ten blog!


sobota, 13 maja 2017

O Polakach i Ukraińcach z boku.


Ten artykuł ma już kilka lat, ale dużo o nas mówi ...
Польсько-українські відношення об'єктивно ...
Автор на мою думку добре пояснює нашу ментальність.
Для мене, як поляка ця правда непроста...

piątek, 12 maja 2017

Ogromny sukces Krzysztofa Garstki. Trochę o klawesynowym konkursie w Pradze.

Polski klawesynista Krzysztof Garstka odniósł ogromny sukces przechodząc właśnie do finału międzynarodowego konkursu klawesynowego w Pradze (Pražske Jaro). Fantastyczne osiągnięcie, a poniżej napiszę - wraz z kilkoma refleksjami (oczywiście takimi, jakie są dozwolone dla mnie jako jurora) - dlaczego było to tak trudne.
Konkurs festiwalu "Praska wiosna" jest jednym z najważniejszych konkursów  na świecie. Co pięć lat zmagają się klawesyniści. Konkursów klawesynowych jest, jak wiadomo, coraz mniej, a ten nieustale zachowuje swoją rangę.
Program tegorocznej edycji nie jest łatwy. W pierwszym etapie należało wykonać Toccatę XII Georga Muffata bądź Toccata sopra l'assedio di Philipsburgo Pogliettiego, jeden z kontrapunktów z "Kunst der Fuge" (XIV lub XV) i dwa utwory Johna Bulla - In Nomine IX z wariacką dyminucją basu oraz popularne King's Hunt (Królewskie Polowanie).
Bardzo szybko okazało się, że wszyscy grają i nie ma osób naprawdę słabych, które łatwo odrzucić.
Program - ryzykowny (jakże łatwo pomylić się w takim In Nomine, a wszyscy zagrali prawie czysto!).
Wczoraj odbył się etap drugi. Jeszcze trudniejszy. Uczestnicy musieli wykazać się np. umiejętnością komponowania bądź improwizowania partimento - do wyboru były dwa z czterech "Probstücke" Matthesona, wykonania specjalnie napisanej, szalonej współczesnej kompozycji ("Harpsycho Petra Wajsara), kompetencją w zakresie stylu francuskiego (tu już zaproponowane przez uczestników utwory Francois Couperina) oraz wykonać Capriccio na odjazd najukochańszego brata Bacha.
Tu okazało się jeszcze trudniej! Każdy z dziesięciu uczestników zaprezentował coś w czym był zdecydowanie lepszy od innych.
Ostatecznie w finale znalazł się bardzo ciekawy amerykański klawesynista o nieco wczesno-leonhardowskim stylu gry Andrew Rosenblum, dwie czarujące dźwiękiem (łączącym klawesynowe piękno i śpiewność z fortepianową precyzją emisji) Rosjanki - Anna Kiskachi i Anastasiya Antonova oraz właśnie Krzysztof Garstka imponujący okrągłością dźwięku i wykończeniem fraz.

Bardzo serdecznie gratuluję. Fantastyczny sukces!
Finał w sobotę ...
W I etapie trzeba było wykazać się zupełnie innymi umiejętnościami niż w II. A w III znowu coś nowego - prowadzenie od klawesynu Koncertu potrójnego Bacha i wykonanie koncertu Martinu.