niedziela, 13 stycznia 2019

I Międzynarodowy Konkurs Basso Continuo i Partimento. Katowice


Pięknie nam się konkurs rozwija.
Fantastyczna impreza; wielu ciekawych uczestników, różnorakie niekonwencjonalne rozwiązania muzyczne, wielość pomysłów na własne granie, improwizację, współpracę kameralną.
Cudownie słucha się takiej muzyki w przepięknie odrestaurowanej auli katowickiej Akademii.
Co ciekawe - tak bardzo obawialiśmy się wprowadzenia partimento; a właśnie z improwizowanymi (na kanwie basu) preludiami Matthesona poradzili sobie właściwie wszyscy uczestnicy.
Z pomysłem organizacji takiej imprezy nosiłem się od wielu lat. Wiedziałem, że jest to coś czego nie ma, czego brakuje; coś, co pozwoli nam na ukazanie ogromnego dorobku katowickiego środowiska wykonawców i wykładowców muzyki dawnej. Wypracowanego dzięki naszej pracy. Coś, co pozwoli naszym studentom otrzeć się o wielki świat. Do którego już należymy. Było to marzenie, o którym wiedziałem, że kiedyś uda się je zrealizować! Mój pomysł, podjęty i zaakceptowany przez Marka Pilcha - kierownika Katedry Klawesynu i Historycznych Praktyk Wykonawczych - został przez kolegów z Katedry bardzo twórczo rozwinięty (długo dyskutowaliśmy nad programem; chyba udało się stworzyć ramy pozwalające na bardzo wszechstronne zaprezentowanie się przez każdego z kandydatów) oraz perfekcyjnie zorganizowany i dopracowany.
Wydaje się, że udało się znaleźć i wypełnić lukę na "rynku" muzycznych konkursów.
Na podziękowania dla wszystkich autorów tego wydarzenia - kadry i studentów - przyjdzie pewnie czas w następnym wpisie.
Na razie krótka informacja - w finale usłyszymy następujących uczestników (podaję w mianowniku :-)) : Masako Awaji, Iason Marmaras, Niels Pfeffer, Maurycy Raczyński, Johannes Rake.
Gratulacje; więcej uwag o konkursie po jego zakończeniu.
Na razie zachęcam do obejrzenia dokumentacji fotograficznej na facebookowej stronie konkursu :
https://www.facebook.com/BCCKatowice

niedziela, 6 stycznia 2019

Charles Burney w Fortepianarium. 6 stycznia 2019

Uroczy set czterech czteroręcznych sonat Charlesa Burneya w wykonaniu Dagmary Tyrchy i Daniela Nowaka. Urzekli mnie ilością muzycznych niuansów: zwolnień, przyspieszeń, ozdobników. detali artykulacyjnych. Na dwóch - specyficznych przecież - instrumentach: klawesynie wirginałowych i fortepianie stołowym Rädeckera zbudowanym ok. 1830 roku (na pewno przed 1831 :-) ) grali w taki sposób, jaki bardzo lubię: z miłością do dawnych, niecodziennych instrumentów, uwypuklając ich atuty i wprowadzając słuchaczy w subtelny świat kolorów.
Sonaty - jak to w Anglii - durowe (z mollowymi wszakże i jakże ekspresyjnymi epizodami), o lekkim raczej charakterze. Mimo subtelnego brzmienia obu instrumentów dało się zauważyć jak bardzo czteroręczna, gęstsza faktura zbliża tę muzykę do idiomu operowej uwertury.
Piękny i wysmakowany koncert. Artyści nawiązali też znakomity kontakt z publicznością opowiadając interesująco o swojej pracy nad repertuarem. O, tak to wyglądało :




niedziela, 23 grudnia 2018

Porpora w Moskwie

A w ramach remanentu jeszcze migawki z koncertu z Capellą Cracoviensis w Moskwie - Germanico in Germania (Porpora)

https://www.facebook.com/inner.emigrant/videos/565653597216881/

Jeszcze o filharmonicznym Mesjaszu ...

Taki oto ciekawy wpis znalazłem na FB Kuby Burzyńskiego
Rzeczywiście, Martin Haselböck - związany przecież z ruchem historycznym - tu dyrygował solenniej, bardziej majestatycznie ... Co ciekawe, na próbach sporo pracowaliśmy nad lekkością i tanecznością, a na obu koncertach interpretacja - trochę chyba zaskakująco dla nas - poszła w kierunku pewnego monumentalizmu.
Co do znakomitego sola Krzysztofa Bednarczyka - w pełni się zgadzam !

Po wielu latach w FN pojawił się Mesjasz robiony własnymi siłami. Co wyróżniało tę produkcję, to niespodziewana praca, jaką wykonały smyczki - imponująca i... nieoczywista. Dopiero po czasie dochodziło do człowieka, że jeżeli to wykonanie trąci miejscami myszką, to raczej z powodu koncepcji dyrygenckiej (tempa, ekspresja), niż manier współczesnej, odpornej na eksperymenty orkiestry filharmonicznej. No szacunek, estetycznie wielki ukłon w stronę HIP, bez utraty godności i niezależności. Osobne brawa należą się trąbce Krzysztofa Bednarczyka, że się tak wyrażę  A klasę samą w sobie potwierdził znad klawiatury klawesynu niesamowity Marek Toporowski, bez jednej przypadkowej nuty i bez chwili nudy w najskromniejszych nawet recytatywach czy ariach. Piotr Wilczyński natomiast, świetnie registrując filharmoniczne organy, dał na nich mini koncert z chórem i orkiestrą we fragmencie All we like sheep...
A skoro o HIP mowa... Nie sposób nie wspomnieć przy tej okazji o trzech epokowych nagraniach, z dziesiątek znakomitych. Przede wszystkim o nagraniu Christophera Hogwooda z roku 1980. U nas dostępny był na początku lat 90, dzięki pirackim kasetom JOYa i potem już na CD. Zjawisko, zauroczenie, od pierwszych nut. Paul Elliott jako wzorzec eterycznego tenora bez manier, Emma Kirkby jako głos tak naturalny, że aż boli, David Thomas retoryczny i potężny, Carolyn Watkinson niedoceniana w tym gronie, ale z perspektywy lat zdecydowanie godna pochwał, orkiestra cudownie brzmiąca, chór chłopięcy nie jakoś powalający, za to ogromnie klimatyczny. Całość zaś miała w sobie jeszcze coś ponadto, poza nutami i parametrami. Chyba do dziś nie do pobicia pod względem klimatu, czystości przekazu, braku nadęcia, sterylności z dużą dozą ciepła. Obok albumu CD powstało całościowe video, różniące się nieco detalami.
Na kolejne tej wagi nagranie trzeba było poczekać do 1997 roku, gdy niechętnie, acz z morderczą precyzją zabrał się za Mesjasza Paul McCreesh. Modelowe pod każdym względem - retoryki, solistów (Charles Daniels! Susan Gritton!), orkiestry i przede wszystkim bosko perfekcyjnego chóru. Co ciekawe, punktem wyjścia była tu ta sama wersja partytury, co u Hogwooda (Foundling Hospital), tym większa frajda w porównaniach. Jeżeli ktoś chce odważnego, wirtuozowskiego Mesjasza ale bez zbędnej brawury i przejaskrawień - nie ma lepszego wykonania. I to może być także wadą tego nagrania, takie dotarcie do ściany w kwestii, na co stać najlepszych możliwie wykonawców barokowych w Mesjaszu.
Wkrótce po tym, w 1999, pojawiła się produkcja tak śmiała, że aż niewyobrażalna. Przede wszystkim pomyślana jako ścieżka dźwiękowa do filmu autorstwa Williama Kleina, poruszającego najróżniejsze struny ludzkiej wrażliwości społecznej, religijnej czy politycznej. Właśnie ze względu na film, pojawiają się tam muzyczne wtręty z innej bajki - a to chór afrykanerów, a to więźniowie śpiewający fragmenty Mesjasza między wykonaniem głównym, jakim jest wersja Marca Minkowskiego. I to właśnie jemu oberwało się najwięcej za to, co zrobił z partyturą Haendla. To jazda bez trzymanki, spacer - lub raczej: bieg - po linie nad przepaścią, teatr operowy bez oglądania się na dotychczasową tradycję, epatowanie ekstremami temp, ekspresji, dynamiki, estetyki. Przy pierwszym słuchaniu może się zdawać, że ktoś puścił chóry w przyspieszonym tempie (począwszy od pierwszego, And the glory, z kulminacją szaleństwa w turba He trusted), ale gdy wejdzie się głębiej w tę koncepcję, szuka się potem jej echa w każdym kolejnym Mesjaszu, jakiego się doświadcza (tryle w Behold the Lamb! W końcu selektywne triole w Why do the nations! Ponadczasowe He was despised). Bo tak jak Klein zadał w swym filmie wiele milczących pytań-oskarżeń, Minkowski przekroczył wiele muzycznych granic, jakby mówił: serio? tak żeście zaskorupieli w swych wygodnych wykonawczych konwencjach? posłuchajcie, o czym może być ta muzyka. Dla mnie remedium na wszelkie "tak powinno się grać barok". Czysto ecowskie "ma gavte la nata". Niestety, w sieci nie ma filmu, bez obrazu szok wydaje się jeszcze większy 

sobota, 22 grudnia 2018

Nowa płyta REVERSIO. Baroque with a Difference. Litewskie birbyne w akcji.


Chyba nie ma piękniejszego dętego instrumentu niż ten litewski klarnet. Cudowne brzmienia, można posmakować na :
https://promo.theorchard.com/kxpK8iKqoHEfESMEx1Ny

Dwa razy Mesjasz



Koncerty w Filharmonii (Narodowej) mojego rodzinnego miasta są dla mnie zawsze wyjątkowe.
To miejsce, które w niewielkim tylko stopniu się zmieniło. Miejsce, w którym jako młody człowiek - uczeń, student,  - bywałem wciąż i wciąż, które było dla mnie synonimem muzycznego luksusu, wielkiego świata; miejsce, które ukształtowało moje marzenia o karierze muzyka. Że ja też kiedyś ... tam ...no właśnie ...
Są już w Polsce efektowne, nowoczesne, dopieszczone akustycznie sale koncertowe. One jednak tradycję bywania dopiero budują.
Filharmonia Narodowa ustępuje na pewno pod wieloma względami tym nowym miejscom; swojej tradycji na nowo budować jednak nie musi. Ta tradycja już jest, a ja osobiście mam moją własną historię wysłuchanych i zagranych tu koncertów, spotkań i fascynacji.
Ciepłe i bliskie to dla mnie miejsce.
Niesamowite jest też spotykanie ludzi, których znam jednak bardziej niż przelotnie; spotkanie z kolegami ze szkoły, muzykami, którzy brali udział w firmowanych przeze mnie projektach oratoryjnych z czasów Sine Nomie & Concerto Polacco ... to nawet trudno określić, ale tak - jestem warszawiakiem!

Mesjasza gram już w FN po raz drugi; według programu ostatni raz - 17 lat temu - z Kazimierzem Kordem; wielkim propagatorem muzyki oratoryjnej.
Drugi raz grałem również z Martinem Haselböckiem - ostatnio "Pory roku"Haydna dwa lata temu.
Dyrygent sporo mówił o budowaniu dramaturgii Mesjasza. Co ciekawe: piątkowy i sobotni koncert właśnie pod tym względem; zupełnie różnego narastania emocji, innego rozłożenia punktów kulminacyjnych; bardzo się od siebie różniły.
Dużo mocnych punktów: soliści, świetnie brzmiący chór, wiele znakomicie wykonanych partii instrumentalnych; pozwalam sobie jednak selektywnie wyrazić mój subiektywny podziw dla kunsztu mojego przyjaciela - Piotra Wilczyńskiego, który fantastycznie okiełznał wielkie filharmoniczne organy nadając temu wykonaniu rzadko spotykaną moc i wielkość.




czwartek, 20 grudnia 2018

Mesjasz z Martinem Haselböckiem

Bardzo cieszę się już na ten koncert. Każde spotkanie z Martinem Haselböckiem w roli dyrygenta  jest okazją do wzięcia udziału w doskonale przygotowanym przedsięwzięciu oratoryjnym. Haselböck emanuje radością muzykowania; a dobrą atmosferę i entuzjazm potrafi przekazać dalej. Sporo o wykonywanej muzyce opowiada znajdując w niej ciekawe skojarzenia, jednocześnie nie przerywa co chwilę, daje pograć i rozkręcić się. Uwagi dotyczą zawsze muzyki, nie są nigdy oceną czy krytyką ... niby oczywiste, a jednak ...
Potrafi zbudować brzmienie orkiestry, a co dla nas - klawiszowców ważne - zdaje też sobie sprawę ze znaczenia klawiszowego continuo i wie jak wkomponować je w całość by było bardziej efektywne i efektowne.

Zachęcam do słuchania internetowej transmisji na youtubowym kanale Filharmonii Narodowej. (sobota 22 grudnia 2018).

https://www.youtube.com/watch?v=4VKlLSxhrFs