środa, 19 lipca 2017
PROTESTUJĘ !
W Polsce umiera demokracja.
Nie mogę teraz demonstrować w Warszawie. Robię to zatem symbolicznie na tym blogu.
Protestuję przeciwko dewastowaniu wymiaru sprawiedliwości w Polsce.
wtorek, 4 lipca 2017
Trzy dyplomy
Trochę dziwnie się
czuję. Trójka moich „ostatnich” studentów-klawesynistów z
Katowic właśnie zagrała (30.06) swoje recitale dyplomowe. Klasę
trzeba będzie ponownie zacząć budować, takie życie ... Ostatnie
lata były jednak bardzo dobrym okresem w historii mojej katowickiej
klasy (a myślę tu również o wcześniejszych absolwentach, o
których tu nie piszę), tak się złożyło …
Największą radość
sprawiło mi to, jak bardzo są różni, zorientowani na różne
aspekty klawesynowego wykonawstwa. Cieszę się zawsze, że w mojej
klasie (mam nadzieję, że tak jest) mogli się odnaleźć i podążać
w wybranym przez siebie kierunku.
Joanna Owczarek –
nie tylko klawesynistka, ale również świetna pianistka i
„pianoforcistka”. Znakomicie łącząca fortepianową ekspresję
z językiem klawesynu, co fantastycznie procentuje w wypadku muzyki
XVIII wieku, która zapowiada już ten nowy, romantyczno-fortepianowy
typ ekspresji. W swoim – bardzo obszernym recitalu – użyła
zarówno klawesynu, jak i kopii XIX-wiecznego fortepianu.
Małgorzata Klajn –
niesamowicie wykonująca muzykę współczesną. Oryginalna i twórcza
osobowość.
Tomasz Bonikowski –
również organista i kompozytor. Piękny dźwięk, dużo
dopracowanych, intelektualnych pomysłów interpretacyjnych. Grał
własną „edycję” koncertu klawesynowego Goldberga.
Swoją grą sprawili
mi ogromną radość. Ale przecież czeka ich trudne życie. Są
świetni, ale miejsc na muzycznej scenie czy rynku pedagogicznym nie
przybywa. O swoje trzeba walczyć. Niekoniecznie łokciami, ale,
umówmy się, łatwo nie jest.
Dlatego, chciałbym
im życzyć powodzenia, szczęścia i realizacji pomysłów. I trochę
bardziej gościnnego dla dobrej, wyrafinowanej muzyki świata.
A przede wszystkim
podziękować za to, że tak wiele od nich się nauczyłem. Bo
przecież największą dla nauczyciela nagrodą jest to, kiedy to
całe uczenie nie jest przekazywaniem prawd objawionych, ale działa
w obie strony. Bo ja wielu rzeczy nie robię tak dobrze jak oni!
wtorek, 27 czerwca 2017
Nowy-stary pozytyw Mollina. I coś zupełnie innego: Pod prąd.
Instrument stoi obecnie w Muzeum Okręgowym (Ratusz) w Toruniu. Został też znakomicie odrestaurowany przez Krzysztofa Deszczaka z Lublina, którego działalność zasługuje również na najwyższe uznanie.
Powtórna inauguracja pozytywu uzyskała jednak dość niecodzienną oprawę. Organizatorzy (Festiwal Muzyki Cichej, Towarzystwo Bachowskie) zachęcili nas (koncert wykonywałem z moją żoną - Irminą Obońską) do zestawienia instrumentu z niezwykłymi towarzyszami - dwojgiem współczesnych emulacji organów Hammonda - Clavią Nord C2D i Hammondem XK 1. Clavia Nord - oprócz brzmień Hammonda B3 (oraz organów Farfisa i Vox) dysponuje cyfrowymi próbkami organów barokowych. Stąd możliwe było wykonanie muzyki na "dwa pozytywy".
Zanim opiszę - z mojego oczywiście punktu widzenia - efekt muszę przypomnieć, że dla większości miłośników organów piszczałkowych organy elektroniczne (w różnych postaciach) stanowią kamień obrazy. Szczególnie te mające za zadanie imitować organy klasyczne, choć warto przypomnieć, że pierwsze Hammondy miały być tańszym instrumentem kościelnym i dopiero post factum stały się sztandarowym instrumentem muzyki jazzowej, a przede wszystkim bluesa.
No więc - efekt był dobry ! W bardzo nieoczekiwany sposób pozytyw i Clavia Nord stopiły się w jedno brzmienie np. w Canzonie Adama Jarzębskiego.
Dzięki obecności dodatkowego "klawisza" mogliśmy też pokazać dwuorganowy koncert Solera i wykonać Sonatę triową G-dur Bacha.
Osobiście lubię grać i na tradycyjnych instrumentach - dających większą możliwość kontroli artykulacji i dźwięku, i imitujących je na instrumentach elektronicznych. W różnych postaciach stały się one częścią współczesnego świata. Wydaje mi się jednak, że umiejętność dobrego "oszukania" słuchacza jest możliwa dla wykonawcy, który zna brzmienie i funkcjonowanie oryginału.
A przede wszystkim jak fajnie móc bawić się różnymi klawiszami! I o tym jest i będzie ten blog!
sobota, 13 maja 2017
O Polakach i Ukraińcach z boku.
Польсько-українські відношення об'єктивно ...
Автор на мою думку добре пояснює нашу ментальність.
Для мене, як поляка ця правда непроста...
piątek, 12 maja 2017
Ogromny sukces Krzysztofa Garstki. Trochę o klawesynowym konkursie w Pradze.
Polski klawesynista Krzysztof Garstka odniósł ogromny sukces przechodząc właśnie do finału międzynarodowego konkursu klawesynowego w Pradze (Pražske Jaro). Fantastyczne osiągnięcie, a poniżej napiszę - wraz z kilkoma refleksjami (oczywiście takimi, jakie są dozwolone dla mnie jako jurora) - dlaczego było to tak trudne.
Konkurs festiwalu "Praska wiosna" jest jednym z najważniejszych konkursów na świecie. Co pięć lat zmagają się klawesyniści. Konkursów klawesynowych jest, jak wiadomo, coraz mniej, a ten nieustale zachowuje swoją rangę.
Program tegorocznej edycji nie jest łatwy. W pierwszym etapie należało wykonać Toccatę XII Georga Muffata bądź Toccata sopra l'assedio di Philipsburgo Pogliettiego, jeden z kontrapunktów z "Kunst der Fuge" (XIV lub XV) i dwa utwory Johna Bulla - In Nomine IX z wariacką dyminucją basu oraz popularne King's Hunt (Królewskie Polowanie).
Bardzo szybko okazało się, że wszyscy grają i nie ma osób naprawdę słabych, które łatwo odrzucić.
Program - ryzykowny (jakże łatwo pomylić się w takim In Nomine, a wszyscy zagrali prawie czysto!).
Wczoraj odbył się etap drugi. Jeszcze trudniejszy. Uczestnicy musieli wykazać się np. umiejętnością komponowania bądź improwizowania partimento - do wyboru były dwa z czterech "Probstücke" Matthesona, wykonania specjalnie napisanej, szalonej współczesnej kompozycji ("Harpsycho Petra Wajsara), kompetencją w zakresie stylu francuskiego (tu już zaproponowane przez uczestników utwory Francois Couperina) oraz wykonać Capriccio na odjazd najukochańszego brata Bacha.
Tu okazało się jeszcze trudniej! Każdy z dziesięciu uczestników zaprezentował coś w czym był zdecydowanie lepszy od innych.
Ostatecznie w finale znalazł się bardzo ciekawy amerykański klawesynista o nieco wczesno-leonhardowskim stylu gry Andrew Rosenblum, dwie czarujące dźwiękiem (łączącym klawesynowe piękno i śpiewność z fortepianową precyzją emisji) Rosjanki - Anna Kiskachi i Anastasiya Antonova oraz właśnie Krzysztof Garstka imponujący okrągłością dźwięku i wykończeniem fraz.
Bardzo serdecznie gratuluję. Fantastyczny sukces!
Finał w sobotę ...
W I etapie trzeba było wykazać się zupełnie innymi umiejętnościami niż w II. A w III znowu coś nowego - prowadzenie od klawesynu Koncertu potrójnego Bacha i wykonanie koncertu Martinu.
Konkurs festiwalu "Praska wiosna" jest jednym z najważniejszych konkursów na świecie. Co pięć lat zmagają się klawesyniści. Konkursów klawesynowych jest, jak wiadomo, coraz mniej, a ten nieustale zachowuje swoją rangę.
Program tegorocznej edycji nie jest łatwy. W pierwszym etapie należało wykonać Toccatę XII Georga Muffata bądź Toccata sopra l'assedio di Philipsburgo Pogliettiego, jeden z kontrapunktów z "Kunst der Fuge" (XIV lub XV) i dwa utwory Johna Bulla - In Nomine IX z wariacką dyminucją basu oraz popularne King's Hunt (Królewskie Polowanie).
Bardzo szybko okazało się, że wszyscy grają i nie ma osób naprawdę słabych, które łatwo odrzucić.
Program - ryzykowny (jakże łatwo pomylić się w takim In Nomine, a wszyscy zagrali prawie czysto!).
Wczoraj odbył się etap drugi. Jeszcze trudniejszy. Uczestnicy musieli wykazać się np. umiejętnością komponowania bądź improwizowania partimento - do wyboru były dwa z czterech "Probstücke" Matthesona, wykonania specjalnie napisanej, szalonej współczesnej kompozycji ("Harpsycho Petra Wajsara), kompetencją w zakresie stylu francuskiego (tu już zaproponowane przez uczestników utwory Francois Couperina) oraz wykonać Capriccio na odjazd najukochańszego brata Bacha.
Tu okazało się jeszcze trudniej! Każdy z dziesięciu uczestników zaprezentował coś w czym był zdecydowanie lepszy od innych.
Ostatecznie w finale znalazł się bardzo ciekawy amerykański klawesynista o nieco wczesno-leonhardowskim stylu gry Andrew Rosenblum, dwie czarujące dźwiękiem (łączącym klawesynowe piękno i śpiewność z fortepianową precyzją emisji) Rosjanki - Anna Kiskachi i Anastasiya Antonova oraz właśnie Krzysztof Garstka imponujący okrągłością dźwięku i wykończeniem fraz.
Bardzo serdecznie gratuluję. Fantastyczny sukces!
Finał w sobotę ...
W I etapie trzeba było wykazać się zupełnie innymi umiejętnościami niż w II. A w III znowu coś nowego - prowadzenie od klawesynu Koncertu potrójnego Bacha i wykonanie koncertu Martinu.
sobota, 29 kwietnia 2017
Zygmunt Antonik
Kolejne smutne pożegnanie.
Zygmunt Antonik to ktoś z kim na zawsze kojarzyć mi się będą Katowice, choć pierwszy raz poznałem go (ja - student jeszcze, on już znany i koncertujący organista) w Kamieniu Pomorskim, w domu pracy twórczej "Pod Muzami", kiedy niczym wicher wtargnął do sali i natychmiast rzucił się do pianina, aby zagrać jakiś jazzik.
Od moich pierwszych lat na Górnym Śląsku był obecny w moim życiu wyciągając mnie z murów uczelni na obiad, piwo, oglądanie zrobionych przez siebie zdjęć, wspólne słuchanie muzyki, gadanie o niczym ...Często po prostu plotki. Miałem wrażenie, że trochę kibicuje mojej działalności, wspiera to, co robię dobrym słowem.
Zygmunt był przede wszystkim chodzącym przeciwieństwem snoba. Potrafił wpaść do klasy z informacją, że w istniejącym jeszcze do niedawna barze "syfek" obok Akademii jest świetny bigos. Był świetny ... Albo wyjąć jakąś starą zakurzoną płytę, po którą żaden szanujący się, współczesny muzyk by nie sięgnął, bo było tam właśnie coś, co go zachwyciło ... I był w stanie przekazać i zarazić każdego swoim zachwytem i entuzjazmem.
Muzycznie wszystkożerny, w każdym gatunku dostrzegał coś ciekawego.
Organizował festiwal bachowski w katowickich (głównie) kościołach, na którym wszyscy graliśmy za darmo. Nudził dopóki, dopóty nie zgodziliśmy się grać, a potem zmuszał nas do wybrania tych utworów, które pasowały mu akurat do koncepcji.
Kiedy na jakimś festiwalu bardzo nie chciałem grać zaprosił mnie do siebie do domu. Na śniadanie czekały na mnie świetne naleśniki.
To u niego pierwszy raz spróbowałem pizzy z górą kapusty.
Gotował zresztą świetnie nie bojąc się żadnych eksperymentów.
Robił świetne zdjęcia i robił ich dużo. Oglądanie z nim było strasznie fajne, bo zmuszał do spojrzenia na nie swoimi oczami i dostrzeżenia rzeczy, których samemu by się nie dostrzegło. Tak samo jak z muzyką, płytami i wspomnianym już gotowaniem ...
Lubił szokować pikantnym językiem. To mogło czasem razić, ale zmuszało też do porzucenia własnej skorupy, otwarcia się i szczerości.
Od pewnego czasu nasze kontakty osłabły. Ja nie byłem już tak związany ze środowiskiem organowym Katowic, a On czuł się coraz gorzej i walczył z postępującą chorobą.
Dla mnie będzie symbolem pewnego minionego okresu w moim życiu. Wielu radości, śmiechu, fajnych przeżyć. Będzie Go nam brakowało.
Zygmunt Antonik to ktoś z kim na zawsze kojarzyć mi się będą Katowice, choć pierwszy raz poznałem go (ja - student jeszcze, on już znany i koncertujący organista) w Kamieniu Pomorskim, w domu pracy twórczej "Pod Muzami", kiedy niczym wicher wtargnął do sali i natychmiast rzucił się do pianina, aby zagrać jakiś jazzik.
Od moich pierwszych lat na Górnym Śląsku był obecny w moim życiu wyciągając mnie z murów uczelni na obiad, piwo, oglądanie zrobionych przez siebie zdjęć, wspólne słuchanie muzyki, gadanie o niczym ...Często po prostu plotki. Miałem wrażenie, że trochę kibicuje mojej działalności, wspiera to, co robię dobrym słowem.
Zygmunt był przede wszystkim chodzącym przeciwieństwem snoba. Potrafił wpaść do klasy z informacją, że w istniejącym jeszcze do niedawna barze "syfek" obok Akademii jest świetny bigos. Był świetny ... Albo wyjąć jakąś starą zakurzoną płytę, po którą żaden szanujący się, współczesny muzyk by nie sięgnął, bo było tam właśnie coś, co go zachwyciło ... I był w stanie przekazać i zarazić każdego swoim zachwytem i entuzjazmem.
Muzycznie wszystkożerny, w każdym gatunku dostrzegał coś ciekawego.
Organizował festiwal bachowski w katowickich (głównie) kościołach, na którym wszyscy graliśmy za darmo. Nudził dopóki, dopóty nie zgodziliśmy się grać, a potem zmuszał nas do wybrania tych utworów, które pasowały mu akurat do koncepcji.
Kiedy na jakimś festiwalu bardzo nie chciałem grać zaprosił mnie do siebie do domu. Na śniadanie czekały na mnie świetne naleśniki.
To u niego pierwszy raz spróbowałem pizzy z górą kapusty.
Gotował zresztą świetnie nie bojąc się żadnych eksperymentów.
Robił świetne zdjęcia i robił ich dużo. Oglądanie z nim było strasznie fajne, bo zmuszał do spojrzenia na nie swoimi oczami i dostrzeżenia rzeczy, których samemu by się nie dostrzegło. Tak samo jak z muzyką, płytami i wspomnianym już gotowaniem ...
Lubił szokować pikantnym językiem. To mogło czasem razić, ale zmuszało też do porzucenia własnej skorupy, otwarcia się i szczerości.
Od pewnego czasu nasze kontakty osłabły. Ja nie byłem już tak związany ze środowiskiem organowym Katowic, a On czuł się coraz gorzej i walczył z postępującą chorobą.
Dla mnie będzie symbolem pewnego minionego okresu w moim życiu. Wielu radości, śmiechu, fajnych przeżyć. Będzie Go nam brakowało.
środa, 5 kwietnia 2017
Jacob van Eyck i fletowy ogród rozkoszy.
Krakowska Katedra Muzyki Dawnej działa w trybie turbo !
Kolejna interesująca konferencja - cykl wykładów, lekcje mistrzowskie, koncert ...
Kolejna interesująca konferencja - cykl wykładów, lekcje mistrzowskie, koncert ...
Etykiety:
akademia muzyczna,
Erik Bosgraaf,
flet prosty,
Jacob van Eyck,
Katedra Muzyki Dawnej,
Kraków,
recorder,
Thiemo Wind
Lokalizacja:
Warszawa, Polska
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







