sobota, 22 września 2012

Bach - humanista

Pozwalam sobie przenieść na główną stronę bloga jeden z komentarzy, z którym bardzo się identyfikuję. Bardzo serdecznie dziękuję za ten piękny wpis.

Bach harmonia mundi pisze...
Witam serdecznie, jestem niezwykle poruszony odnalezieniem tego miejsca w sieci. Wywiązała się frapująca dyskusja, postaram się śledzić jej losy. Wśród stawianych pytań i prób odpowiedzi, szczególnie istotne jest tutaj skierowanie uwagi na ludzki wątek zawarty w wypowiedzi pana Miłosza "to jest zapis cierpienia głuchego neurotyka w dwóch aktach". To dobry trop. Myślę, że właśnie humanizm jest kluczem do zrozumienia statusu dzieł mistrzów? Dla mnie ten Bachowski pierwiastek to "człowiek", który przeziera przez geniusz. Bach rozumiał człowieka. Tak jak pan słusznie zauważył, wszystkie emocje są u Bacha ludzkie. Dla mnie właśnie ten humanizm, ludzkie emocje splecione z genialną materią muzyczną sprawiają, że dzieła Bacha są ponadczasowe, uniwersalne.
20 września 2012 14:48
Usuń

Twórcy i odtwórcy


Do napisania tego tekstu zainspirował mnie niedawny komentarz pana Tomasza Kmity, który znajdziecie pod refleksjami po koncercie Wolfganga Seifena. Dyskutant poruszył sprawy ważne i ciekawe oraz, co tu ukrywać, odnoszące się bezpośrednio do mojej działalności i mojej artystycznej tożsamości.
Pierwsze wynikające z komentarza pytanie często sam sobie zadaję. Czy prawdziwy twórca to ten, który komunikuje swój artyzm poprzez zapis na kartce papieru czy również „grajek” (hmmm, na przykład taki jak ja...) Czy wobec tego akt twórczy w muzyce jest równoznaczny z aktem pisania? Czy ja – muzyk, dla którego głównym tworzywem są różne brzmienia: przede wszystkim niepowtarzalne barwy ukochanych przeze mnie historycznych instrumentów (od klawesynów po Hammondy) ma prawo nazwać się twórcą? Czy też powinien pokornie przyjąć tytuł (epitet?) „odtwórcy”?
Drugie pytanie jest również dla mnie ważne...W czym przejawia się klasa kompozytora? Czy chodzi (jak to ujmuje pan Kmita) o własny język kompozytorski i czy kryterium „własności” obejmuje również parametr postępu i większego zaawansowania w stosunku języka poprzedników? Na ile autonomiczny powinien być kompozytor w stosunku do poprzedników?

Wbrew pozorom na pierwsze pytanie nie ma jasnej odpowiedzi. Użyte przeze mnie na początku retoryczne pytania sugerują pewnie, że chciałbym wejść na ścieżkę wojenną z twórcami-kompozytorami i udowodnić własną kreatywność muzyka-wykonawcy. No cóż, na estradzie często czuję się wystarczająco kreatywnie i odczuwam radość kształtowania czegoś nowego. Przyznaję jednak, że mam tu pewien kompleks. Często studiując to, w jaki sposób różne utwory są „utkane” przez kompozytora, nachodzi mnie tęsknota za wyrażeniem siebie w taki właśnie sposób. Taką pracę w muzycznym „biurze projektowym”. Trudno chyba porównać jakąkolwiek muzyczną sytuację z doświadczeniem kompozytora siadającego przed pustą kartką papieru. To wielkie wyzwanie. Myślę jednak, że w Polsce często przyjmuje się myślowy schemat, że muzyka (a przynajmniej klasyczna, bo w jazzie pojęcie kompozytor oznacza coś innego, a słowo odtwórca raczej nie jest używane) to to coś (to wyłącznie to coś), co jest zapisane na papierze. A z drugiej strony – we współczesnym przemyśle muzyki klasycznej wielu „nabywców” kieruje się właśnie nazwiskami wykonawców, a nie kompozytorów...chyba, że akurat zdarzy im się szukać konkretnego utworu... Współczesne szkolnictwo również kładzie nacisk na sprawność odtwórczą sprawdzaną na różnorakich muzycznych konkursach.  Stąd może powszechne dość mniemanie, że odtwórca ma tylko odtworzyć. O dewastującej, moim zdaniem, nasze muzyczne szkoły pladze konkursów pisał będę jeszcze wielokrotnie...To pewnie ta zaraza właśnie przekształca potencjalnie zdolnych młodych muzyków, w dostosowujących się do przeciętnego gustu danego konkursowego gremium muzycznych konformistów. Tu już nie ma mowy o wykonawcach-twórcach, ideałem jest odtwórstwo czyste (ewentualnie z malowniczym zarzuceniem grzywą...)
W bliskiej mi „muzyce dawnej” stosunek kompozytor-wykonawca byłt chyba bardziej naturalny. Kompozytor miał dostarczyć dobrego jakościowo materiału, ale ostateczny kształt należał do wykonawcy. Nie na darmo dawne traktaty (nawet śpiewu! patrz Tosi-Agricola) wymagały od wykonawcy dobrej znajomości reguł kompozycji. Wykonawca stawał się czasem wręcz „współkompozytorem”. Oczywiście to wszystko w różnych proporcjach. Bach zapisywał prawie wszystko, a Haendel zadowalał się tylko szkicem do późniejszej improwizacji. Ale ogólna reguła jest zachowana. Nie da się dobrze grać Bacha bez znajomości reguł Jego sztuki i trudno w niej przecenić rolę dobrego wykonania. A znów taki Chopin (skądinąd świetny improwizator)  zapisywał prawie wszystko – również tu jednak wykonawca jest ważnym ogniwem przekazania muzycznego misterium. Oczywiście trudno tu – tak, jak ma to miejsce w baroku – o wprowadzać zdobienia i elementy improwizacji, ale nie wyklucza to choćby pewnej spontaniczności w kreowaniu agogiki.  Z innej beczki: muzyka Ligetiego (w dużym stopniu podpadałby tu też Paweł Szymański) wymaga z kolei wykonawcy-maszyny (a jak to dowodzą pewne nagrania, zastąpienie wykonawcy maszynką jest wręcz korzystne dla dzieła). Swoboda rytmiczna jest tu niewskazana i wręcz wykluczona! Wymagania techniczne stawiane wykonawcy - ogromne, satysfakcja tego ostatniego z uczestniczenia w kreowaniu ostatecznej formy kompozycji – znikoma (choć satysfakcja z pokonania własnej słabości i satysfakcja z wykonywania znakomicie zaplanowanej i fascynującej po prostu muzyki – jak najbardziej!) Co ciekawe, niesamowitą precyzję zapisu rytmu i ograniczenie decyzyjności wykonawcy w tym względzie spotkamy też u Monteverdiego, a zatem w okresie historycznym, w którym takiej dokładności byśmy nie oczekiwali (muzyka dawna to jednak nie zawsze nieograniczona swoboda, o nie!)

Ja osobiście i bez pretensji do narzucania tego sposobu innym lubię to tak; jestem aktorem na scenie, który ma do opowiedzenia pewną historię. Uwielbiam ten moment, kiedy opowiadana przeze mnie historia zaczyna żyć własnym życiem, kiedy „na gorąco” tworzy się nowa konstrukcja logiczna utworu. Czasem jest to improwizacyjna, czy ornamentalna ingerencja w tekst; czasem tylko lekkie zmiany agogiczne, „słuchanie sali”, czy interakcja z moją publicznością. Za każdym razem inaczej. Nigdy tak samo. Oczywiście w taką zabawę wliczony jest pewien komponent ryzyka; nie sprzedaję przecież gotowego i niezmiennego produktu...(jak to czyni wielu moich kolegów, często zresztą świetnie).  Może dlatego tak bardzo kocham towarzyszenie muzyce wokalnej czy wręcz udział w operowym spektaklu. Tam się nie da dwa razy zagrać tak samo...I nie da się nie reagować.
Ale zdaję sobie sprawę, że są też „inne muzyki” wymagające odmiennego podejścia i inni muzycy.

I druga sprawa. Nasze oczekiwanie wobec kompozytorów, że stworzą własny, niepowtarzalny język dźwiękowy; oczekiwanie przeradzające się czasem w presję na tworzenie muzyki „nowej” za wszelką cenę. Często ocenia się kompozytorskie dokonania z perspektywy „postępu” w sztuce. To jest chyba doskonała utopia (choć funkcjonująca i to jak w kręgu stereotypowych oczekiwań i poglądów muzycznych, o których pisałem). Ultraawangardowe poczynania kompozytorów połowy XX wieku straciły swoją moc przez to, że doprowadzili oni muzykę do ściany. Niestety wyłamać się można tylko z istniejącej tradycji. Nie da się wyważyć dziury po drzwiach. Zaczęło się więc wznoszenie nowych murów, czasem przynajmniej jakieś odnoszenie się do konwencji, do tego, co robili poprzednicy. Wolność twórcza wymaga uprzedniego zniewolenia...
Myślę sobie, że ten szczególny rodzaj improwizacji, o którym pisałem: improwizacja w stylach jest właśnie takim rodzajem ponownego wznoszenia zburzonych już murów. Które można potem ponownie nadkruszać,  przeskakiwać...Najlepszym pokazaniem nie tylko znajomości reguł, ale i własnego artystycznego ego jest puszczenie oka do publiczności „wiem, że tak nie można, ale przekraczam tę regułę bo ją znam...” Kompozytorzy też często dokonują transgresji własnych zasad. Tym różni się najczęściej utwór np. Mozarta od napisanego współcześnie ćwiczenia „w stylu Mozarta”. Autorowi ćwiczenia nie wolno raczej przekroczyć reguł. A Mozart ciągle starał się bawić z niepisanymi regułami muzyki własnego okresu. Być może indywidualność istnieje tylko w świecie, w którym jeszcze obowiązują jakieś reguły?

Z pewnym przerażaniem stwierdzam post factum, że napisałem tekst godny zatwardziałego konserwatysty. Którym chyba nie jestem. A może jednak?
Ciekawe, być może w muzyce europejskiej wchodzimy w okres, kiedy muzyczne style zostały już zdefiniowane. To, co nam pozostaje – to wzorem kultur azjatyckich – cierpliwa pielęgnacja tego, co mamy. Trwanie wartości...Sztuka, której celem jest pogoń za nowością (a taki był rozwój muzyki europejskiej) chyba się trochę wyczerpała i stworzenie własnego, odbieranego jako oryginalny i autentyczny stylu wymaga finezyjnego ustosunkowania się do tego, co było. Mam jednak nadzieję, że nie zginie jednak sztuka rozumiana jako sposób życia, jako sposób postrzegania otaczającej rzeczywistości, jako wezwanie do ciągłego doskonalenia się. Jako odrzucenie tandety i bylejakości. Wezwanie obowiązujące tak twórców, jak i odtwórców. Mam nadzieję...

Dlatego może lepiej nie spierać się o definicje ...

sobota, 15 września 2012

Wolfgang Seifen w Tarnowskich Górach i inne przeżycia organowe


Ogromna radość obcowania ze sztuką jednego z największych żyjących organistów-improwizatorów (przez wielu uważanego za Numer 1 tej dziedziny muzyki). Co ciekawe stosunkowo często odwiedzającego Polskę i stosunkowo często grającego w mniejszych miastach. Niesamowite doświadczenie tego, jak maleńki, pneumatyczny instrument Schlaga urasta do rozmiarów orkiestry symfonicznej i fortepianu razem wziętych. Styl improwizowanej „Symfonicznej fantazji i fugi” przypominał jako żywo styl koncertów fortepianowych Liszta. Może, dla tych, którym improwizacja kojarzy się wyłącznie z emanacją osobowości improwizatora, warto przypomnieć, że w sztuce improwizacji organowej (i ogólnie w improwizacji klasycznej) zdolność utrafienia w konkretny styl, czy wręcz wyrażenia siebie poprzez język dźwiękowy konkretnego kompozytora uważana jest za umiejętność najwyższą. Można to przyrównać do tworzenia poezji w obcym, nie-ojczystym języku. Wśród wielu mocnych fragmentów nie sposób było nie zachwycić się również lekką, taneczną przygrywką chorałową na temat pieśni „Za rękę weź mnie Panie” o typie figuracji przywodzącym na myśl „Elfenromantik” Mendelssohna. Godna podziwu była uzyskana przez błyskotliwą artykulację i technikę oraz częste rozrzedzanie faktury lekkość brzmienia – trudna do osiągnięcia na tarnogórskim instrumencie o ciemnej raczej i wręcz „zawiesistej” barwie. Piękny koncert; tak dla koneserów i znawców problematyki improwizacji, jak i „zwykłego” słuchacza.
Seifen gościł już dwukrotnie w Koszalinie jako wykonawca współorganizowanych przeze mnie kursów organowych. Zawsze ujmowała nas Jego niesamowita klasa jako pedagoga –prowadząc zajęcia nigdy nie pozwalał sobie na przytłaczanie nawet najbardziej początkujących uczniów ogromem swojej sztuki (co bywa nieuleczalną przywarą niektórych wielkich artystów). Prowadząc zajęcia nigdy nie eksponuje własnego grania ograniczając się do podawania kluczy w niezbędnych momentach. Jego oszczędne i zarazem bardzo precyzyjne uwagi fantastycznie pomagają wejść uczniowi na kolejny szczebel. Wspaniały pedagog; pełen życzliwości i cierpliwości. Nawet osoby nieśmiałe rwą się przy nim do improwizowania.
Właściwie każdy organista mógłby mu czegoś zazdrościć (i pewnie zazdrości…)  – ale jak tu zazdrościć artyście takiej klasy, o tak ujmującym i sympatycznym sposobie bycia?

I drugie dzisiejsze doznanie organowe. Przypadkiem zdecydowałem się posłuchać mojej ulubionej audycji BBC 2 „Organist Entertains” Nigela Ogdena. Ulubionej, gdyż uwielbiam  zacieranie granic między organową klasyką i rozrywką właściwe anglosaskiej tradycji koncertowej (wspaniałe antidotum na napuszoną nudę organowego akademizmu) . W tym tygodniu poświęconej zmarłemu amerykańskiemu organiście – Carlo Curleyowi. W przeprowadzonym niegdyś wywiadzie Curley powiedział Ogdenowi wiele rzeczy, co do których jestem bardzo przekonany. Opowiadał, jak to zachęcał uczniów do podsłuchiwania wirtuozów organów kinowych grających lekką muzykę organową po to, by nauczyli się „komunikować” – grać dla ludzi (w dobrym sensie, oczywiście). Opowiadał mi, jak Jego nauczyciel organów „zniechęcał” go do grania na organach zanim nie osiągnie przyzwoitej techniki fortepianowej (ci, którzy znają moje opinie na temat uczenia gry organowej wiedzą jak bardzo bliskie jest mi to podejście). Wreszcie – mówił o tym, jak bardzo granie na organach to komunikowanie emocji i piękna, a nie realizacja akademickich ideałów…
To, że obie rzeczy zdarzyły się tego samego dnia to nie był jednak chyba zupełnie przypadek…

środa, 5 września 2012

Monika


Monika Raczyńska – 25 sierpnia 2012 roku odeszła od nas w wieku 49 lat

„Monika” – plakietkę z własnym imieniem uczynioną na wzór plakietek zawodowych kierowców wystawiałaś za szybę samochodu, kiedy podjeżdżałaś z klawesynem w jakieś miejsce dostępne tylko dla dostawców.  A nawet takie zupełnie niedostępne...
Trudno uwierzyć, że Cię już nie ma; w naszym muzycznym światku Twoja obecność wydawała się przecież czymś oczywistym. Należałaś do tych ludzi, którzy nie hałasują i nie trąbią o swojej wielkości. Po prostu są. Ogólnie ceniona była Twoja życzliwość i chęć zrozumienia pozwalająca na współpracę (czasem w sytuacjach, w których ktoś inny dałby za wygraną) bez okazywania własnego „ja wiem lepiej”. Może dlatego właśnie byłaś bardziej znana „w środowisku” niż na zewnątrz, choć na pewno – jako klawesynistka - zasługiwałaś na więcej. Trudno nawet znaleźć Twoje zdjęcie w internecie. Po wpisaniu Twojego nazwiska pojawiają się tylko zdjęcia i plakaty wielu znanych i bardzo znanych muzyków, którzy mieli przyjemność z Twojej wiedzy i umiejętności korzystać. A może po prostu świadomość, że wielu muzyków z różnych artystycznych kręgów nie ma wątpliwości, że w potrzebie warto zwrócić się właśnie do Ciebie, dawała Ci poczucie artystycznego spełnienia?
W nekrologu napisano o Tobie pięknie: „niezwykła kobieta i wybitna klawesynistka”. Nie sposób nie powtórzyć tu tych słów.
Trudno mi zebrać myśli pisząc te słowa; cały czas stajesz mi przed oczami. Tym bardziej, że całkiem niedawno jeszcze pisaliśmy do siebie o różnych życiowych i muzycznych sprawach. Cieszyliśmy się na rozmowę i kontakt po wakacjach. Nie mogę uwierzyć w to, że już nigdy nie zobaczę Twojego uśmiechu i nie będę mógł zapytać Cię o zdanie.

Żegnaj; niech ten wpis będzie moim skromnym wkładem w przechowanie pamięci o Twojej postaci. Postaci, bez której trudno wyobrazić sobie muzyczne życie Warszawy. Nigdy Cię nie zapomnę.






piątek, 27 lipca 2012


Chłopcy do bicia

Z sytuacji opisanej przeze mnie wczoraj wynika moim zdaniem dość zasadnicze pytanie. Czy Polska staje się krajem programowo antyinteligenckim? Skąd taka obawa? Starannie zaplanowana na środek wakacji akcja „pozbawiamy artystów przywilejów” poprzedzona zostaje agresywną retoryką skierowaną przeciwko twórcom (przypomnę to pozycjonowanie: artyści kontra górnicy). Niedawno, przy okazji dyskusji nad zniesieniem Karty Nauczyciela mieliśmy okazję przekonać się, że od takiej retoryki nie udało się uciec nawet Leszkowi Balcerowiczowi. Przepiękna odpowiedź i obrona stanu nauczycielskiego przez Pawła Huelle na łamach „Gazety Wyborczej” przywróciła chyba nutę rozsądku w tej dyskusji. Co wrzesień mamy do czynienia z jazgotliwą nagonką mediów na pracowników wyższych uczelni. Szczególnie w ostatnich dwóch latach. Powtarzane przy tej okazji wołania o nową ustawę (już jest, przyjęta wbrew negatywnym opiniom dużej części  środowiska) każą mi myśleć (choć konkretnych dowodów nie mam), że owa szczególna przedjesienna zapalczywość mediów nie świadczy dobrze o ich niezależności.
Wiele wskazuje na to, że rządzący znaleźli sobie wygodnego kozła ofiarnego w postaci artystów, nauczycieli, wykładowców akademickich.
Jako artysta i nauczyciel akademicki mogę coś na ten temat morale moich dwóch kast powiedzieć. Są dobrzy i źli artyści; jedni poświęcają dla pasji tworzenia wszystko, inni wykonują tylko zawód inwestując w jego wykonywanie znacznie mniej. czasu, pieniędzy i zapału. Są artyści genialni, wspaniali, dobrzy, przeciętni i po prostu źli. Znam również nauczycieli akademickich z powołania i takich, którzy sprytnie wykorzystując luki systemu i życzliwość przełożonych utrzymują się na powierzchni mimo braku kompetencji, szkodliwości tak dla kolegów, poziomu uczelni, a przede wszystkim dla studentów.
Oczywiście, chcielibyśmy mieć artystów zasługujących na miano artysty i profesorów z prawdziwego zdarzenia. Tyle, że tego nie naprawia się zmuszając wszystkich do intensyfikowania sprawozdawczości, odbierając tym lepszym środki (wszystkim równo) i obrażając ich przed całym społeczeństwem. Ewentualnie rozbudowując system kontroli. Naiwną jest wiara, że jeśli zmusi się mnie do napisania większej ilości i postawi kilku urzędników kontrolujących (wiadomo, koń bez bata...) , to zyska na tym słuchacz, student. Dla uczelnianych miernot i artystów z Bożej łaski ta pisanina nie stanowi wielkiego wyzwania. Chętnie poświęcają na nią (nie)cenny czas i chętnie też angażują się w kontrolowanie lepszych od siebie. A jakże! Bo tego wszystkiego, Panowie i Panie Rządzący, nie naprawia się na szczeblu centralnym, a lokalnym. Na szczeblu centralnym można szkolnictwu, szkolnictwu wyższemu tylko zapewnić stabilne warunki działania – kilkadziesiąt lat przynajmniej obowiązywania stabilnych warunków prawnych. To jedyna recepta, jedyna droga i prawdziwe wyzwanie dla rządzących. A nie ciągłe gmeranie przy systemie!
Proszę zwrócić uwagę, że per analogiam co roku na przełomie kwietnia i maja powinniśmy być świadkami zmasowanej krytyki urzędników skarbówki. Podobnie przed 4 grudnia powinna mieć miejsce doroczna nagonka na górników. Tak się jednak nie dzieje. W tych obszarach dokonuje się analiz systemowych... Opisuje problemy tych środowisk, nie żądając natychmiastowego zwolnienia złych górników bądź złych urzędników. ... Cóż, skarbówka jest organem Państwa, a obrażeni górnicy mogą zawsze zrobić nalot na Warszawkę...
No to dlaczego ta retoryka anty-artystowska, anty-nauczycielska, anty-profesorska? Skierowana, powtarzam przeciw osobom, zakładająca zbiorową odpowiedzialność i żądająca natychmiastowej naprawy.
To tym bardziej zdumiewające, że funkcjonujące w niektórych bankach (przy udzielaniu kredytu) pojęcie „zawodu zaufania publicznego” odnosi się raczej do profesora wyższej uczelni niż do urzędnika skarbówki. Czyżby banki, skądinąd uważne w wydzielaniu środków, myliły się?
Możliwości jest kilka.
Po pierwsze (i to chyba jest najbardziej prawdopodobne) rządzący potrzebują jasno zdefiniowanego przeciwnika. Najlepiej odpowiednio słabego i niezdolnego do bolesnej odpowiedzi. Za to takiego, którego można pogonić ku uciesze większości społeczeństwa. Wtedy władza okazuje się władzą silną i godną zaufania. Jak... no właśnie, gdzie?
Po drugie, w Polsce jest ogromny nacisk na „reformowanie”. Rząd Tuska na początku zrozumiał jednak, że ciągłe reformowanie nie służy gospodarce. Dlatego postanowił reformować „nieistotne” dla gospodarki (w krótkoterminowym oglądzie) działy, aby uniknąć zarzutu opieszałości. Czy jednak można szanować rząd, dla którego kultura, sztuka, edukacja to dziedziny mniej istotne?
Trzecie wytłumaczenie może być takie, że mniej ważne resorty obsadzone zostały po prostu przez osoby bez charyzmy „nie przeszkadzające” gospodarce. Moje pytanie – patrz wyżej.

PO jest pewna poparcia inteligentów, którzy szerokim łukiem omijają PiS, na lewicę nie głosują ze względu na jej przeszłe i obecne grzeszki. Dlatego pozwala sobie na umizgi wobec tradycyjnie proPiSowskiej części społeczeństwa poganiając jednocześnie leniwych profesorków.
Ta taktyka nie jest platformerskim wynalazkiem. Jednak jej stosowanie przez rząd, który chce uchodzić za rząd rozumny, proeuropejski i postępowy jest żałosne. Powiem więcej, to cofanie Polski do epoki, o której wszyscy jak najszybciej chcemy zapomnieć.

czwartek, 26 lipca 2012


Platforma i artyści

W Sejmie dyskusja o pozbawieniu twórców prawa do 50% kosztów uzysku. Najwyraźniej kontrowersyjna, skoro przedstawiciele rządzącej partii uciekają się do znanych z innych nieco czasów środków – przedstawiania artystów jako darmozjadów w nieuzasadniony sposób pozbawiających budżet pieniędzy i korzystających z PRZYWILEJU. Nie sądziłem, że kiedykolwiek doczekam takich czasów, powrotu podłości tego typu. Wydaje się, że dla większości polityków rządu artyści to ci, którzy „sobie” grają i malują zamiast uczciwie i ciężko pracować. Tak ciężko jak na przykład posłanki i posłowie...
Właśnie Sławomir Neumann z Platformy głosi w telewizorze, że dochód 82 tys. rocznie dla artysty to „przyzwoite dochody” oraz, że takich przywilejów nie mają „ciężko pracujący górnicy i ta kasjerka z Biedronki, na którą Państwo często się powołujecie”. Cóż, sławny rolnik-rajdowiec - pan Śmietanko prawie tyle brał na miesiąc...oczywiście porównanie uczciwej pracy biednego rolnika harującego w pocie czoła i zarządzającego odpowiedzialnym odcinkiem gospodarki tego kraju oraz spasionego kosztem zdrowej części społeczeństwa artysty jest chyba z mojej strony niestosowne.
A na poważnie, mogę służyć własnym przykładem; większość uzyskanych środków przeznaczam na zakup nowych bądź ratowanie zabytkowych instrumentów, części do nich, ich remonty , utrzymanie miejsca, w którym mogę trzymać materiały nutowe, zakup nut, czasem wykonanie materiałów niezbędnych do koncertów, strój na koncert, specjalne buty do gry na organach ... coraz mniej organizatorów przelicza osobno koszty podróży ...więc również dojazd na koncert... czasem transport instrumentów...czasem własnym transportem, zatem dla niektórych z nas konieczność zakupu, utrzymania odpowiedniej wielkości samochodu przekraczającego codzienne potrzeby... w ciągu kilku ostatnich lat nasze dochody – wysokość honorariów nie ulegają jednak zmianie. Nie „bogacimy” zatem się jak to był uprzejmy ująć w telewizorze pan Neumann. A ja włąsnego samochodu na razie nie mam; dlatego w miarę możliwości moimi prywatnymi środkami wspomagam infrastrukturę tego kraju (zamiast Rządu, który jakoś tym się nie interesuje) w postaci obu głównych spółek Polskich Kolei Państwowych.
Mój główny instrument – klawesyn wart jest  kilkadziesiąt tys. złotych; aby coś takiego kupić trzeba zagrać kilkadziesiąt koncertów czyli pracować na jedno tylko z narzędzi koniecznych do wykonania pracy ok. roku. Czasem jakieś wydawnictwo nutowe kosztuje tyle co honorarium jednego koncertu. Jaki to procentowo koszt uzysku? W moim wypadku 50% koszty uzysku są REALNE. Nie są PRZYWILEJEM; w rozwiniętych krajach Europy Zachodniej koszty uzysku liczy się na podstawie poniesionych, uzasadnionych zakupów. Również lakierek i krawatów ozdabiających szyję artysty. Proszę bardzo! Może liczmy się właśnie tak? Nie chcę nieuzasadnionych przywilejów, ale proszę nie opodatkowywać mnie dwukrotni, bo przecież za "środki do produkcji muzycznej" płacę VAT! Stosowany w Polsce system ryczałtowy daje rządowi prawo stygmatyzowania artystów jako darmozjadów. Nikt tych kosztów nigdy realnie nie policzył; zresztą po co? Po co Polsce kultura? Artyści inwestujący w narzędzia pracy? Zawsze znajdą się tacy, którzy coś tam zagrają i namalują za mniejsze pieniądze.
Pisałem już o tym, że wielu organizatorów koncertów w Polsce preferuje wykonawców zagranicznych. Przyjadą, zagrają, przywiozą własne instrumenty i własne fraki, za które zapłaci Unia, czy bogatszy podatnik bogatszego kraju ... wyjadą i nie będą mieli nieuzasadnionych pretensji. Precz z przywilejami dla krajowych Jankomuzykantów!
Nie chodzi mi  jednak o samo uderzenie podatkowe w nas, we mnie. Rozumiem, że ogólna sytuacja ekonomiczna nie jest łatwa. Argumentacja jest jednak skandaliczna, jakość tej debaty jest żenująca. To jest właśnie skłócanie ludzi i podsycanie atmosfery nieufności społecznej. Ja szanuję dobra pracę górnika, kasjerki, rolnika... nawet polityka, posła, ministra. Kasjerka nie kupuje jednak kasy fiskalnej i sprzedawanych przez siebie towarów w supermarkecie, górnik nie kupuje narzędzi wydobywania węgla. Ja moje narzędzia kupić muszę. Za gotówkę. I nie rozrzucam nigdzie po kraju płonących opon. A w moim zadufaniu nie sądzę, aby ten kraj pozbawiony darmozjadów z programem na życie podobnym do mojego był wogóle cokolwiek wart. Chyba jako rynek zbytu tanich towarów w supermarketach i dostawca taniej siły roboczej dla Zachodu. Oczywiście, do czasu kiedy nie da się już znaleźć więcej darmozjadów, na których zwali się winę za gospodarczą mizerię.

Uderzą we mnie również jako profesora. Cóż, moja profesorska pensja wzbudziłaby chyba uśmiech politowania każdego szanującego się górnika. Ale, przyznaję, ta praca ta nie ogranicza mnie w 100% i pozwala również działać artystycznie. Uderzy jednak mocno w młodszych pracowników naukowych, a ci to już nawet o kredycie mogą tylko pomarzyć (jaki bank daje kredyt zatrudnionemu na niskoopłacanych godzinach bez gwarancji utrzymania pracy naukowemu bądź artystycznemu wyrobnikowi?)

Dlatego powiem to jasno – to nie jest już mój rząd. Spieszę jednak ze słowami pocieszenia; z Gowinem określającym procedury medyczne pomagające ludziom pragnącym posiadać dzieci mianem „wyrafinowanej aborcji” i tak już nie był! Jakoś nie pożałowano również środków na wdrażanie poronionych pomysłów w dziedzinie szkolnictwa wyższego i edukacji. Dla tego typu kreatywności środki zawsze się znajdują. Ale to oczywiście inny temat.

I jeszcze jedno – zawsze denerwowała mnie maniera (chwilę po upadku komunizmu) określania Polski mianem „ten kraj”. Jeśli odnajdziecie takie określenie w tym poście to wiedzcie, że czynię to świadomie. Chcę o „ten kraj” walczyć – moim „piórem” i moja muzyką. Dla mnie demokratyczna Polska to ta z okresu krótko po upadku komunizmu. Jeszcze niedoskonała, ale dążąca prostą drogą do nowoczesności i dystansująca się od komunistycznej biurokracji. Chodzi o ten właśnie kierunek zmian. Niestety porzucony; stąd z mojej strony brak identyfikacji z Polską obecną.

czwartek, 19 lipca 2012


Agatka

„Agatka” Johanna Davida Hollanda to jedno z najmilszych przeżyć, jakich dostarczyła mi dawna muzyka polska. Kompozytor określa to dzieło jako „operetkę w 3 aktach”; my dzisiaj raczej określilibyśmy utwór jako śpiewogrę, czy singspiel. Określenie operetka trafniej oddaje jednak formę – muzyka zawiera bowiem również fragmenty godne najlepszych XVIII-wiecznych oper seria, znakomicie skonstruowane ensemble i dwa przepiękne duety miłosne. I wiele, wiele innych atrakcji ...
Najpierw moje Concerto Polacco i grupa solistów wykonała Agatkę w ramach festiwalu w Herne (tematem festiwalu były „alianse” – zatem polsko-niemiecka geneza opery doskonale pasowała do edycji festiwalu). W 2005 roku udało się wydać CD z zapisem live „Koncertu na imieniny Króla” z Zamku Królewskiego w Warszawie. W maju bieżącego roku po raz pierwszy – dzięku inicjatywie Bogdana Makala – udało się zrealizować wersję sceniczną z udziałem grupy fantastycznych studentów Wydziału Wokalnego AM we Wrocławiu i specjalnie zebranej do tego celu studenckiej orkiestry projektowej. Właściwie o każdym z solistów mógłbym coś ciepłego napisać. Jestem pod wrażeniem ich zaangażowania i pasji.
W pewnym sensie możemy powiedzieć, że muzyka przewyższa siermiężne (choć urocze jako przykład staropolskiej mowy) libretto Macieja Radziwiłła. Razem, dzieło jest atrakcyjną formą sceniczną pełną pretekstów do ciekawej realizacji. Skwapliwie skorzystała z tego Ewelina Pietrowiak, która „Agatkę” wyreżyserowała w sposób lekki i smaczny, a jednocześnie biorący pod uwagę brak środków na drogą scenografię.
Lekkość i urokliwość tej muzyki oraz znakomity warsztat Hollanda pod względem instrumentacji zaskakują mnie za każdym razem. Tak było i teraz – potwierdziły to dwa ostatnie wykonania – w bardzo pięknym budynku Teatru im. Solskiego w Tarnowie oraz w klubie... wojskowym w Krakowie w ramach Festiwalu Muzyki Polskiej z udziałem bardzo czujnej,  uważnej względem solistów i po prostu „produkującej” dobre uroczyste i pełne brzmienie (oraz, po ludzku, złożonej z fajnych, dobrych  i sympatycznych muzyków) tym razem Orkiestry Trybunału Koronnego w Lublinie. Pięknie grające oboje – Ola i Dominika zasługują  tu na szczególne ode mnie słowa podziękowania...
Mam nadzieję, że moja przygoda z Agatką jeszcze się nie skończyła...