sobota, 13 października 2012

Fortepianarium - jutro otwieramy

Tak było wczoraj :



I kto by pomyślał, że tam właśnie w pocie czoła, pyle, trudzie i znoju wykuwa się świetlana przyszłość !





Zdjęcia : Marek Pilch

sobota, 6 października 2012

Fortepianarium




Trochę muzeum, ale przede wszystkim miejsce spotkań, warsztatów, koncertów … Miejsce naszych twórczych poszukiwań i mamy nadzieję, spokojny i życzliwy dom dla naszych instrumentów. Naszych tzn. moich i Kasi Drogosz - mojej doktorantki i współpracowniczki w katowickiej Akademii; jak nikt inny zaangażowanej w propagowanie wiedzy o historycznych fortepianach.
W naszej ekspozycji znajdują się dwa bardzo cenne instrumenty należące do rodziny fortepianów stołowych z wczesną mechaniką angielską – XVIII-wieczny instrument sygnowany („Longman & Broderip) i zbudowany przed 1831 (może 1832) rokiem instrument firmy Johanna Dietricha Rädeckera z Lubeki.
Na klawesynie też da się pograć – stawiam eksperymentalny instrument Michaela Scheera z Jestetten będący współczesną fantazją, kreacją na temat południowoniemieckiego, późnorenesansowego budownictwa. Virginalcembalo – adekwatną nazwą byłby chyba klawesyn wirginalizowany.
Wreszcie, pełen kolorowych włączników, światełek, a co za tym idzie niespodzianek (za każdym razem siadając można trafić na jakąś nową, nieoczekiwaną możliwość) dostojny i stylowy Hammond Commodore. A obok niego, Wurlitzer 4037 z trzecim manuałem – wczesnym syntezatorem: Orbit III.
Kilka lat temu, z wielkim zdziwieniem, odkryłem dla siebie ten drugi świat; analogowych instrumentów elektronicznych. Ich epoka trwała dość krótko; przede wszystkim ze względu na bujny rozwój elektroniki w XX wieku. Ich cudowne i niepowtarzalne możliwości brzmieniowe nie zostały do końca docenione i wyzyskane; jednodniowe ważki. Klasyka potrzebuje czasu, aby nowinki sobie przyswoić i tego czasu w wypadku tych wytworów ludzkiego geniuszu zabrakło.
U nas znajdzie się również dla nich miejsce. Są też piękne.

Po cichu marzymy o tym, że kolekcja będzie się rozrastać. Wiele dawnych fortepianów i wiele dawnych elektrofonów ląduje wprost na śmietnikach. Chyba właśnie u nas, na Śląsku jest ich szczególnie dużo. Mamy nadzieję, że w przyszłości będą lądowały raczej w Fortepianarium czekając na rekonstrukcję, bądź świadcząc o dawnej technice. Na razie to miejsce ma  być katalizatorem „dobrych wydarzeń”; bo przecież gdzie, jak nie na Górnym Śląsku można eksponować instrumenty doby wczesno- i późnoindustrialnej? I gdzie, jak nie w tej krainie jest porównywalna tradycja muzyczna?

A naszych przyjaciół zapraszamy wraz z nami do cieszenia się tym, co jest i tym, co udało nam się do tej pory osiągnąć.
W niedzielę 14 października o 17.00 w malowniczym Domu Kawalera spółki DEMEX w Zabrzu, ul. Hagera 41.

poniedziałek, 1 października 2012

O ukraińskim śpiewaniu i polskiej konkursomanii


Niedzielny koncert z A Capella Leopolis w Gdyni… Ależ śpiewają Ci Ukraińcy! Ma się wrażenie, że ich głosy płyną gdzieś z głębi serc opowiadając o uczuciach, radościach, smutkach… Cudowne obcowanie z istotą muzyki, niezależną od jakiegokolwiek zapisu nutowego.
To chyba dlatego tak bardzo kocham grać dla tamtej publiczności ze Wschodu; oni rozumieją tę całą muzykę jakoś tak, całym ciałem i duszą pospołu. Nie muszą jej intelektualnie analizować. Chyba dlatego nie zdarzyło mi się jeszcze spotkać na mojej muzycznej drodze niemuzykalnego Ukraińca. Podobno zresztą jestem ukrainofilem…

A w Polsce bywa z tym różnie. Znam kilku profesjonalnych muzyków, którym miano niewrażliwego na piękno muzycznego drwala (sprawnie przebierającego palcami po instrumencie)  naprawdę przystoi.
Oczywiście, znam też po prostu więcej  muzyków w Polsce niż na Ukrainie. A jadąc na Wschód spotykam raczej tych wrażliwych; to inny rodzaj kontaktu niż szara codzienność własnego podwórka. To pewnie dlatego.  Dlatego daleki jestem jednak od uogólniania. Jeśli wchodzę w taki tok myślenia i pozwalam sobie na pewne generalizowanie to tylko dlatego, że niektóre zjawiska nie dają się inaczej ująć …A pytania, które chciałbym tym razem postawić  wydają mi się ważne.

Co się z nami stało?  Gdzie zatraciliśmy tę pierwotną wrażliwość, którą ludzie Wschodu – biedniejsi przecież od nas, nie dysponujący takimi środkami jak my, wciąż pielęgnują? Gdzie tkwi błąd?
Nie wiem …
Chciałbym jednak podzielić się garścią dawno zapowiadanych refleksji dotyczących polskiego szkolnictwa muzycznego. Wielu moich rozmówców jest z faktu, że posiadamy zorganizowany system szkół muzycznych niesłychanie dumnych. Ja też. Uważam, że system jest dobry, powinien być rozwijany, a szkół muzycznych powinno być przynajmniej dwa razy tyle. Tak właśnie i nie tylko dla dzieci, które zadowolą zmysł estetyczny przeprowadzających egzaminy wstępne Panien i Pań Rytmiczek. I ładnie rzucą piłeczką, i jeszcze pięknie się uśmiechną, a potem zaśpiewają ćwiczoną z rodzicami-muzykami 3 lata piosenkę… Czy w ogóle jest jeszcze w naszych szkołach muzycznych miejsce dla nieśmiałych introwertyków, neurotycznych wirtuozów żyjących we własnym świecie? Czy to poszukiwanie przyszłych artystów, czy jakiś casting do zespolików pieśni i tańca?

Ważniejsze dla szeroko rozumianej kultury muzycznej jest chyba to, że tak naprawdę to w KAŻDEJ szkole ogólnokształcącej powinna być możliwość czynnego uprawiania muzyki. Jakiejkolwiek muzyki, byle czynnie… Piosenki, keyboardy, chór…Byle nie bezmyślna konsumpcja suchych danych biograficznych przeznaczonych do wykucia na pamięć. Bo Chopin wielkim kompozytorem był... (a Beethoven głuchym).

Ale wróćmy do szkół muzycznych.  Tych profesjonalnych; tych przygotowujących do przyszłego zawodu.
Uważam zatem, że wbrew pozorom i wbrew obiegowym poglądom wielu muzyków szkoły muzyczne nie są dokładnie tym samym, co szkoły mistrzostwa sportowego. Na ujawnienie się talentu trzeba czasem poczekać. Siedmiolatek czy sześciolatek efektownie prezentujący się na egzaminie niekoniecznie ma zadatki na artystę; jest czasem śmielszy od rówieśników. Zaś obecny priorytet – oszczędność poprzez przyjmowanie i kształcenie tylko tych dzieci, które dają gwarancje szybkiego sukcesu konkursowego jest błędny. Dlatego jestem właśnie zwolennikiem powszechności dostępu do dobrej edukacji muzycznej szczebla podstawowego.
Jak mają się w tym wszystkim konkursy? Konkursy na tym etapie służą u nas często nieustannej weryfikacji nauczycieli. Obecny system nastawiony na „sukces” generuje coraz to nowe konkursy. Z grubsza jest tak : ponieważ wiadomo, że nauczyciele są oceniani na podstawie sukcesów konkursowych uczniów trzeba stworzyć odpowiednią ilość konkursów umożliwiających odpowiednią ilość laurów. Wielu uczniów jeździ sobie z konkursu na konkurs; zaniedbując przy tym jakiekolwiek sensowne wykształcenie ogólne i ogólny rozwój. Czy rozwijają przy tej okazji jakąkolwiek wrażliwość muzyczną? Wątpię. Nie o to przecież tu chodzi …
Chodzi o sprawność. O wyścigi. Wyścig muzycznych szczurów.

Konkursy to również znakomita szkoła konformizmu, grania pod wymagania „mainstreamowego” jury i przeciętny gust zasiadających. Często rezygnacja z indywidualności.
Ja szczęśliwie jestem wykładowcą akademickim, który może pozwolić sobie na dystans do muzycznych wyścigów, na własny program życiowy i dydaktyczny. Może pozwolić sobie na fanaberię indywidualnego podejścia do studentów (jakoś to nawet w języku Krajowych Ram Kwalifikacji i innych bredni wynikających z najnowszej ustawy zmieszczę).
Wiem jednak, że i w naszej praktyce akademickiej uczelni muzycznej sukcesy konkursowe są brane pod uwagę, ba, wręcz uważane bywają za miernik skuteczności dydaktycznej. Moja opinia o nieprzystawalności kryteriów konkursowych do tych kryteriów, a przede wszystkim uczciwości wobec sztuki jakimi powinniśmy się kierować my – profesorowie-artyści jest raczej w zdecydowanej  mniejszości. Czasem jest tak, że ocena studenta zależy od sukcesu na tym, czy innym konkursie. Argumentem, że przecież nie wiemy kto zasiadał i czym tak naprawdę się, zasiadłszy, kierował,  a jedynymi uprawnionymi do oceny jesteśmy my (a nie przypadkowa komisja przypadkowego konkursu) można rzucać niczym grochem o ścianę.

Organizujmy konkursy i cieszmy się z sukcesów naszych uczniów/studentów. Nagradzajmy ich za sukcesy i wyróżniajmy. Przy tym wszystkim nie zapominajmy jednak o tym, że są one na drodze muzyka tylko narzędziem, etapem … To nie o konkursach jest muzyka; zafiksowanie naszego edukacyjnego systemu na sukcesach typu sportowego jest drogą donikąd. Pamiętam moją wizytę (przed laty) w szkole muzycznej w Irkucku, gdzie zaprezentowano mi dzieci grające pięknym dźwiękiem proste technicznie utwory, a nie bezmózgich wymiataczy … Bierzmy przykład ze wspaniałej kultury muzycznej Wschodu; gdzie sukcesy techniczne (i konkursowe) są pochodną wrażliwości i jej rozwijania , a nie celem samym w sobie.




sobota, 22 września 2012

Bach - humanista

Pozwalam sobie przenieść na główną stronę bloga jeden z komentarzy, z którym bardzo się identyfikuję. Bardzo serdecznie dziękuję za ten piękny wpis.

Bach harmonia mundi pisze...
Witam serdecznie, jestem niezwykle poruszony odnalezieniem tego miejsca w sieci. Wywiązała się frapująca dyskusja, postaram się śledzić jej losy. Wśród stawianych pytań i prób odpowiedzi, szczególnie istotne jest tutaj skierowanie uwagi na ludzki wątek zawarty w wypowiedzi pana Miłosza "to jest zapis cierpienia głuchego neurotyka w dwóch aktach". To dobry trop. Myślę, że właśnie humanizm jest kluczem do zrozumienia statusu dzieł mistrzów? Dla mnie ten Bachowski pierwiastek to "człowiek", który przeziera przez geniusz. Bach rozumiał człowieka. Tak jak pan słusznie zauważył, wszystkie emocje są u Bacha ludzkie. Dla mnie właśnie ten humanizm, ludzkie emocje splecione z genialną materią muzyczną sprawiają, że dzieła Bacha są ponadczasowe, uniwersalne.
20 września 2012 14:48
Usuń

Twórcy i odtwórcy


Do napisania tego tekstu zainspirował mnie niedawny komentarz pana Tomasza Kmity, który znajdziecie pod refleksjami po koncercie Wolfganga Seifena. Dyskutant poruszył sprawy ważne i ciekawe oraz, co tu ukrywać, odnoszące się bezpośrednio do mojej działalności i mojej artystycznej tożsamości.
Pierwsze wynikające z komentarza pytanie często sam sobie zadaję. Czy prawdziwy twórca to ten, który komunikuje swój artyzm poprzez zapis na kartce papieru czy również „grajek” (hmmm, na przykład taki jak ja...) Czy wobec tego akt twórczy w muzyce jest równoznaczny z aktem pisania? Czy ja – muzyk, dla którego głównym tworzywem są różne brzmienia: przede wszystkim niepowtarzalne barwy ukochanych przeze mnie historycznych instrumentów (od klawesynów po Hammondy) ma prawo nazwać się twórcą? Czy też powinien pokornie przyjąć tytuł (epitet?) „odtwórcy”?
Drugie pytanie jest również dla mnie ważne...W czym przejawia się klasa kompozytora? Czy chodzi (jak to ujmuje pan Kmita) o własny język kompozytorski i czy kryterium „własności” obejmuje również parametr postępu i większego zaawansowania w stosunku języka poprzedników? Na ile autonomiczny powinien być kompozytor w stosunku do poprzedników?

Wbrew pozorom na pierwsze pytanie nie ma jasnej odpowiedzi. Użyte przeze mnie na początku retoryczne pytania sugerują pewnie, że chciałbym wejść na ścieżkę wojenną z twórcami-kompozytorami i udowodnić własną kreatywność muzyka-wykonawcy. No cóż, na estradzie często czuję się wystarczająco kreatywnie i odczuwam radość kształtowania czegoś nowego. Przyznaję jednak, że mam tu pewien kompleks. Często studiując to, w jaki sposób różne utwory są „utkane” przez kompozytora, nachodzi mnie tęsknota za wyrażeniem siebie w taki właśnie sposób. Taką pracę w muzycznym „biurze projektowym”. Trudno chyba porównać jakąkolwiek muzyczną sytuację z doświadczeniem kompozytora siadającego przed pustą kartką papieru. To wielkie wyzwanie. Myślę jednak, że w Polsce często przyjmuje się myślowy schemat, że muzyka (a przynajmniej klasyczna, bo w jazzie pojęcie kompozytor oznacza coś innego, a słowo odtwórca raczej nie jest używane) to to coś (to wyłącznie to coś), co jest zapisane na papierze. A z drugiej strony – we współczesnym przemyśle muzyki klasycznej wielu „nabywców” kieruje się właśnie nazwiskami wykonawców, a nie kompozytorów...chyba, że akurat zdarzy im się szukać konkretnego utworu... Współczesne szkolnictwo również kładzie nacisk na sprawność odtwórczą sprawdzaną na różnorakich muzycznych konkursach.  Stąd może powszechne dość mniemanie, że odtwórca ma tylko odtworzyć. O dewastującej, moim zdaniem, nasze muzyczne szkoły pladze konkursów pisał będę jeszcze wielokrotnie...To pewnie ta zaraza właśnie przekształca potencjalnie zdolnych młodych muzyków, w dostosowujących się do przeciętnego gustu danego konkursowego gremium muzycznych konformistów. Tu już nie ma mowy o wykonawcach-twórcach, ideałem jest odtwórstwo czyste (ewentualnie z malowniczym zarzuceniem grzywą...)
W bliskiej mi „muzyce dawnej” stosunek kompozytor-wykonawca byłt chyba bardziej naturalny. Kompozytor miał dostarczyć dobrego jakościowo materiału, ale ostateczny kształt należał do wykonawcy. Nie na darmo dawne traktaty (nawet śpiewu! patrz Tosi-Agricola) wymagały od wykonawcy dobrej znajomości reguł kompozycji. Wykonawca stawał się czasem wręcz „współkompozytorem”. Oczywiście to wszystko w różnych proporcjach. Bach zapisywał prawie wszystko, a Haendel zadowalał się tylko szkicem do późniejszej improwizacji. Ale ogólna reguła jest zachowana. Nie da się dobrze grać Bacha bez znajomości reguł Jego sztuki i trudno w niej przecenić rolę dobrego wykonania. A znów taki Chopin (skądinąd świetny improwizator)  zapisywał prawie wszystko – również tu jednak wykonawca jest ważnym ogniwem przekazania muzycznego misterium. Oczywiście trudno tu – tak, jak ma to miejsce w baroku – o wprowadzać zdobienia i elementy improwizacji, ale nie wyklucza to choćby pewnej spontaniczności w kreowaniu agogiki.  Z innej beczki: muzyka Ligetiego (w dużym stopniu podpadałby tu też Paweł Szymański) wymaga z kolei wykonawcy-maszyny (a jak to dowodzą pewne nagrania, zastąpienie wykonawcy maszynką jest wręcz korzystne dla dzieła). Swoboda rytmiczna jest tu niewskazana i wręcz wykluczona! Wymagania techniczne stawiane wykonawcy - ogromne, satysfakcja tego ostatniego z uczestniczenia w kreowaniu ostatecznej formy kompozycji – znikoma (choć satysfakcja z pokonania własnej słabości i satysfakcja z wykonywania znakomicie zaplanowanej i fascynującej po prostu muzyki – jak najbardziej!) Co ciekawe, niesamowitą precyzję zapisu rytmu i ograniczenie decyzyjności wykonawcy w tym względzie spotkamy też u Monteverdiego, a zatem w okresie historycznym, w którym takiej dokładności byśmy nie oczekiwali (muzyka dawna to jednak nie zawsze nieograniczona swoboda, o nie!)

Ja osobiście i bez pretensji do narzucania tego sposobu innym lubię to tak; jestem aktorem na scenie, który ma do opowiedzenia pewną historię. Uwielbiam ten moment, kiedy opowiadana przeze mnie historia zaczyna żyć własnym życiem, kiedy „na gorąco” tworzy się nowa konstrukcja logiczna utworu. Czasem jest to improwizacyjna, czy ornamentalna ingerencja w tekst; czasem tylko lekkie zmiany agogiczne, „słuchanie sali”, czy interakcja z moją publicznością. Za każdym razem inaczej. Nigdy tak samo. Oczywiście w taką zabawę wliczony jest pewien komponent ryzyka; nie sprzedaję przecież gotowego i niezmiennego produktu...(jak to czyni wielu moich kolegów, często zresztą świetnie).  Może dlatego tak bardzo kocham towarzyszenie muzyce wokalnej czy wręcz udział w operowym spektaklu. Tam się nie da dwa razy zagrać tak samo...I nie da się nie reagować.
Ale zdaję sobie sprawę, że są też „inne muzyki” wymagające odmiennego podejścia i inni muzycy.

I druga sprawa. Nasze oczekiwanie wobec kompozytorów, że stworzą własny, niepowtarzalny język dźwiękowy; oczekiwanie przeradzające się czasem w presję na tworzenie muzyki „nowej” za wszelką cenę. Często ocenia się kompozytorskie dokonania z perspektywy „postępu” w sztuce. To jest chyba doskonała utopia (choć funkcjonująca i to jak w kręgu stereotypowych oczekiwań i poglądów muzycznych, o których pisałem). Ultraawangardowe poczynania kompozytorów połowy XX wieku straciły swoją moc przez to, że doprowadzili oni muzykę do ściany. Niestety wyłamać się można tylko z istniejącej tradycji. Nie da się wyważyć dziury po drzwiach. Zaczęło się więc wznoszenie nowych murów, czasem przynajmniej jakieś odnoszenie się do konwencji, do tego, co robili poprzednicy. Wolność twórcza wymaga uprzedniego zniewolenia...
Myślę sobie, że ten szczególny rodzaj improwizacji, o którym pisałem: improwizacja w stylach jest właśnie takim rodzajem ponownego wznoszenia zburzonych już murów. Które można potem ponownie nadkruszać,  przeskakiwać...Najlepszym pokazaniem nie tylko znajomości reguł, ale i własnego artystycznego ego jest puszczenie oka do publiczności „wiem, że tak nie można, ale przekraczam tę regułę bo ją znam...” Kompozytorzy też często dokonują transgresji własnych zasad. Tym różni się najczęściej utwór np. Mozarta od napisanego współcześnie ćwiczenia „w stylu Mozarta”. Autorowi ćwiczenia nie wolno raczej przekroczyć reguł. A Mozart ciągle starał się bawić z niepisanymi regułami muzyki własnego okresu. Być może indywidualność istnieje tylko w świecie, w którym jeszcze obowiązują jakieś reguły?

Z pewnym przerażaniem stwierdzam post factum, że napisałem tekst godny zatwardziałego konserwatysty. Którym chyba nie jestem. A może jednak?
Ciekawe, być może w muzyce europejskiej wchodzimy w okres, kiedy muzyczne style zostały już zdefiniowane. To, co nam pozostaje – to wzorem kultur azjatyckich – cierpliwa pielęgnacja tego, co mamy. Trwanie wartości...Sztuka, której celem jest pogoń za nowością (a taki był rozwój muzyki europejskiej) chyba się trochę wyczerpała i stworzenie własnego, odbieranego jako oryginalny i autentyczny stylu wymaga finezyjnego ustosunkowania się do tego, co było. Mam jednak nadzieję, że nie zginie jednak sztuka rozumiana jako sposób życia, jako sposób postrzegania otaczającej rzeczywistości, jako wezwanie do ciągłego doskonalenia się. Jako odrzucenie tandety i bylejakości. Wezwanie obowiązujące tak twórców, jak i odtwórców. Mam nadzieję...

Dlatego może lepiej nie spierać się o definicje ...

sobota, 15 września 2012

Wolfgang Seifen w Tarnowskich Górach i inne przeżycia organowe


Ogromna radość obcowania ze sztuką jednego z największych żyjących organistów-improwizatorów (przez wielu uważanego za Numer 1 tej dziedziny muzyki). Co ciekawe stosunkowo często odwiedzającego Polskę i stosunkowo często grającego w mniejszych miastach. Niesamowite doświadczenie tego, jak maleńki, pneumatyczny instrument Schlaga urasta do rozmiarów orkiestry symfonicznej i fortepianu razem wziętych. Styl improwizowanej „Symfonicznej fantazji i fugi” przypominał jako żywo styl koncertów fortepianowych Liszta. Może, dla tych, którym improwizacja kojarzy się wyłącznie z emanacją osobowości improwizatora, warto przypomnieć, że w sztuce improwizacji organowej (i ogólnie w improwizacji klasycznej) zdolność utrafienia w konkretny styl, czy wręcz wyrażenia siebie poprzez język dźwiękowy konkretnego kompozytora uważana jest za umiejętność najwyższą. Można to przyrównać do tworzenia poezji w obcym, nie-ojczystym języku. Wśród wielu mocnych fragmentów nie sposób było nie zachwycić się również lekką, taneczną przygrywką chorałową na temat pieśni „Za rękę weź mnie Panie” o typie figuracji przywodzącym na myśl „Elfenromantik” Mendelssohna. Godna podziwu była uzyskana przez błyskotliwą artykulację i technikę oraz częste rozrzedzanie faktury lekkość brzmienia – trudna do osiągnięcia na tarnogórskim instrumencie o ciemnej raczej i wręcz „zawiesistej” barwie. Piękny koncert; tak dla koneserów i znawców problematyki improwizacji, jak i „zwykłego” słuchacza.
Seifen gościł już dwukrotnie w Koszalinie jako wykonawca współorganizowanych przeze mnie kursów organowych. Zawsze ujmowała nas Jego niesamowita klasa jako pedagoga –prowadząc zajęcia nigdy nie pozwalał sobie na przytłaczanie nawet najbardziej początkujących uczniów ogromem swojej sztuki (co bywa nieuleczalną przywarą niektórych wielkich artystów). Prowadząc zajęcia nigdy nie eksponuje własnego grania ograniczając się do podawania kluczy w niezbędnych momentach. Jego oszczędne i zarazem bardzo precyzyjne uwagi fantastycznie pomagają wejść uczniowi na kolejny szczebel. Wspaniały pedagog; pełen życzliwości i cierpliwości. Nawet osoby nieśmiałe rwą się przy nim do improwizowania.
Właściwie każdy organista mógłby mu czegoś zazdrościć (i pewnie zazdrości…)  – ale jak tu zazdrościć artyście takiej klasy, o tak ujmującym i sympatycznym sposobie bycia?

I drugie dzisiejsze doznanie organowe. Przypadkiem zdecydowałem się posłuchać mojej ulubionej audycji BBC 2 „Organist Entertains” Nigela Ogdena. Ulubionej, gdyż uwielbiam  zacieranie granic między organową klasyką i rozrywką właściwe anglosaskiej tradycji koncertowej (wspaniałe antidotum na napuszoną nudę organowego akademizmu) . W tym tygodniu poświęconej zmarłemu amerykańskiemu organiście – Carlo Curleyowi. W przeprowadzonym niegdyś wywiadzie Curley powiedział Ogdenowi wiele rzeczy, co do których jestem bardzo przekonany. Opowiadał, jak to zachęcał uczniów do podsłuchiwania wirtuozów organów kinowych grających lekką muzykę organową po to, by nauczyli się „komunikować” – grać dla ludzi (w dobrym sensie, oczywiście). Opowiadał mi, jak Jego nauczyciel organów „zniechęcał” go do grania na organach zanim nie osiągnie przyzwoitej techniki fortepianowej (ci, którzy znają moje opinie na temat uczenia gry organowej wiedzą jak bardzo bliskie jest mi to podejście). Wreszcie – mówił o tym, jak bardzo granie na organach to komunikowanie emocji i piękna, a nie realizacja akademickich ideałów…
To, że obie rzeczy zdarzyły się tego samego dnia to nie był jednak chyba zupełnie przypadek…