Follow by Email

piątek, 27 lipca 2012


Chłopcy do bicia

Z sytuacji opisanej przeze mnie wczoraj wynika moim zdaniem dość zasadnicze pytanie. Czy Polska staje się krajem programowo antyinteligenckim? Skąd taka obawa? Starannie zaplanowana na środek wakacji akcja „pozbawiamy artystów przywilejów” poprzedzona zostaje agresywną retoryką skierowaną przeciwko twórcom (przypomnę to pozycjonowanie: artyści kontra górnicy). Niedawno, przy okazji dyskusji nad zniesieniem Karty Nauczyciela mieliśmy okazję przekonać się, że od takiej retoryki nie udało się uciec nawet Leszkowi Balcerowiczowi. Przepiękna odpowiedź i obrona stanu nauczycielskiego przez Pawła Huelle na łamach „Gazety Wyborczej” przywróciła chyba nutę rozsądku w tej dyskusji. Co wrzesień mamy do czynienia z jazgotliwą nagonką mediów na pracowników wyższych uczelni. Szczególnie w ostatnich dwóch latach. Powtarzane przy tej okazji wołania o nową ustawę (już jest, przyjęta wbrew negatywnym opiniom dużej części  środowiska) każą mi myśleć (choć konkretnych dowodów nie mam), że owa szczególna przedjesienna zapalczywość mediów nie świadczy dobrze o ich niezależności.
Wiele wskazuje na to, że rządzący znaleźli sobie wygodnego kozła ofiarnego w postaci artystów, nauczycieli, wykładowców akademickich.
Jako artysta i nauczyciel akademicki mogę coś na ten temat morale moich dwóch kast powiedzieć. Są dobrzy i źli artyści; jedni poświęcają dla pasji tworzenia wszystko, inni wykonują tylko zawód inwestując w jego wykonywanie znacznie mniej. czasu, pieniędzy i zapału. Są artyści genialni, wspaniali, dobrzy, przeciętni i po prostu źli. Znam również nauczycieli akademickich z powołania i takich, którzy sprytnie wykorzystując luki systemu i życzliwość przełożonych utrzymują się na powierzchni mimo braku kompetencji, szkodliwości tak dla kolegów, poziomu uczelni, a przede wszystkim dla studentów.
Oczywiście, chcielibyśmy mieć artystów zasługujących na miano artysty i profesorów z prawdziwego zdarzenia. Tyle, że tego nie naprawia się zmuszając wszystkich do intensyfikowania sprawozdawczości, odbierając tym lepszym środki (wszystkim równo) i obrażając ich przed całym społeczeństwem. Ewentualnie rozbudowując system kontroli. Naiwną jest wiara, że jeśli zmusi się mnie do napisania większej ilości i postawi kilku urzędników kontrolujących (wiadomo, koń bez bata...) , to zyska na tym słuchacz, student. Dla uczelnianych miernot i artystów z Bożej łaski ta pisanina nie stanowi wielkiego wyzwania. Chętnie poświęcają na nią (nie)cenny czas i chętnie też angażują się w kontrolowanie lepszych od siebie. A jakże! Bo tego wszystkiego, Panowie i Panie Rządzący, nie naprawia się na szczeblu centralnym, a lokalnym. Na szczeblu centralnym można szkolnictwu, szkolnictwu wyższemu tylko zapewnić stabilne warunki działania – kilkadziesiąt lat przynajmniej obowiązywania stabilnych warunków prawnych. To jedyna recepta, jedyna droga i prawdziwe wyzwanie dla rządzących. A nie ciągłe gmeranie przy systemie!
Proszę zwrócić uwagę, że per analogiam co roku na przełomie kwietnia i maja powinniśmy być świadkami zmasowanej krytyki urzędników skarbówki. Podobnie przed 4 grudnia powinna mieć miejsce doroczna nagonka na górników. Tak się jednak nie dzieje. W tych obszarach dokonuje się analiz systemowych... Opisuje problemy tych środowisk, nie żądając natychmiastowego zwolnienia złych górników bądź złych urzędników. ... Cóż, skarbówka jest organem Państwa, a obrażeni górnicy mogą zawsze zrobić nalot na Warszawkę...
No to dlaczego ta retoryka anty-artystowska, anty-nauczycielska, anty-profesorska? Skierowana, powtarzam przeciw osobom, zakładająca zbiorową odpowiedzialność i żądająca natychmiastowej naprawy.
To tym bardziej zdumiewające, że funkcjonujące w niektórych bankach (przy udzielaniu kredytu) pojęcie „zawodu zaufania publicznego” odnosi się raczej do profesora wyższej uczelni niż do urzędnika skarbówki. Czyżby banki, skądinąd uważne w wydzielaniu środków, myliły się?
Możliwości jest kilka.
Po pierwsze (i to chyba jest najbardziej prawdopodobne) rządzący potrzebują jasno zdefiniowanego przeciwnika. Najlepiej odpowiednio słabego i niezdolnego do bolesnej odpowiedzi. Za to takiego, którego można pogonić ku uciesze większości społeczeństwa. Wtedy władza okazuje się władzą silną i godną zaufania. Jak... no właśnie, gdzie?
Po drugie, w Polsce jest ogromny nacisk na „reformowanie”. Rząd Tuska na początku zrozumiał jednak, że ciągłe reformowanie nie służy gospodarce. Dlatego postanowił reformować „nieistotne” dla gospodarki (w krótkoterminowym oglądzie) działy, aby uniknąć zarzutu opieszałości. Czy jednak można szanować rząd, dla którego kultura, sztuka, edukacja to dziedziny mniej istotne?
Trzecie wytłumaczenie może być takie, że mniej ważne resorty obsadzone zostały po prostu przez osoby bez charyzmy „nie przeszkadzające” gospodarce. Moje pytanie – patrz wyżej.

PO jest pewna poparcia inteligentów, którzy szerokim łukiem omijają PiS, na lewicę nie głosują ze względu na jej przeszłe i obecne grzeszki. Dlatego pozwala sobie na umizgi wobec tradycyjnie proPiSowskiej części społeczeństwa poganiając jednocześnie leniwych profesorków.
Ta taktyka nie jest platformerskim wynalazkiem. Jednak jej stosowanie przez rząd, który chce uchodzić za rząd rozumny, proeuropejski i postępowy jest żałosne. Powiem więcej, to cofanie Polski do epoki, o której wszyscy jak najszybciej chcemy zapomnieć.

czwartek, 26 lipca 2012


Platforma i artyści

W Sejmie dyskusja o pozbawieniu twórców prawa do 50% kosztów uzysku. Najwyraźniej kontrowersyjna, skoro przedstawiciele rządzącej partii uciekają się do znanych z innych nieco czasów środków – przedstawiania artystów jako darmozjadów w nieuzasadniony sposób pozbawiających budżet pieniędzy i korzystających z PRZYWILEJU. Nie sądziłem, że kiedykolwiek doczekam takich czasów, powrotu podłości tego typu. Wydaje się, że dla większości polityków rządu artyści to ci, którzy „sobie” grają i malują zamiast uczciwie i ciężko pracować. Tak ciężko jak na przykład posłanki i posłowie...
Właśnie Sławomir Neumann z Platformy głosi w telewizorze, że dochód 82 tys. rocznie dla artysty to „przyzwoite dochody” oraz, że takich przywilejów nie mają „ciężko pracujący górnicy i ta kasjerka z Biedronki, na którą Państwo często się powołujecie”. Cóż, sławny rolnik-rajdowiec - pan Śmietanko prawie tyle brał na miesiąc...oczywiście porównanie uczciwej pracy biednego rolnika harującego w pocie czoła i zarządzającego odpowiedzialnym odcinkiem gospodarki tego kraju oraz spasionego kosztem zdrowej części społeczeństwa artysty jest chyba z mojej strony niestosowne.
A na poważnie, mogę służyć własnym przykładem; większość uzyskanych środków przeznaczam na zakup nowych bądź ratowanie zabytkowych instrumentów, części do nich, ich remonty , utrzymanie miejsca, w którym mogę trzymać materiały nutowe, zakup nut, czasem wykonanie materiałów niezbędnych do koncertów, strój na koncert, specjalne buty do gry na organach ... coraz mniej organizatorów przelicza osobno koszty podróży ...więc również dojazd na koncert... czasem transport instrumentów...czasem własnym transportem, zatem dla niektórych z nas konieczność zakupu, utrzymania odpowiedniej wielkości samochodu przekraczającego codzienne potrzeby... w ciągu kilku ostatnich lat nasze dochody – wysokość honorariów nie ulegają jednak zmianie. Nie „bogacimy” zatem się jak to był uprzejmy ująć w telewizorze pan Neumann. A ja włąsnego samochodu na razie nie mam; dlatego w miarę możliwości moimi prywatnymi środkami wspomagam infrastrukturę tego kraju (zamiast Rządu, który jakoś tym się nie interesuje) w postaci obu głównych spółek Polskich Kolei Państwowych.
Mój główny instrument – klawesyn wart jest  kilkadziesiąt tys. złotych; aby coś takiego kupić trzeba zagrać kilkadziesiąt koncertów czyli pracować na jedno tylko z narzędzi koniecznych do wykonania pracy ok. roku. Czasem jakieś wydawnictwo nutowe kosztuje tyle co honorarium jednego koncertu. Jaki to procentowo koszt uzysku? W moim wypadku 50% koszty uzysku są REALNE. Nie są PRZYWILEJEM; w rozwiniętych krajach Europy Zachodniej koszty uzysku liczy się na podstawie poniesionych, uzasadnionych zakupów. Również lakierek i krawatów ozdabiających szyję artysty. Proszę bardzo! Może liczmy się właśnie tak? Nie chcę nieuzasadnionych przywilejów, ale proszę nie opodatkowywać mnie dwukrotni, bo przecież za "środki do produkcji muzycznej" płacę VAT! Stosowany w Polsce system ryczałtowy daje rządowi prawo stygmatyzowania artystów jako darmozjadów. Nikt tych kosztów nigdy realnie nie policzył; zresztą po co? Po co Polsce kultura? Artyści inwestujący w narzędzia pracy? Zawsze znajdą się tacy, którzy coś tam zagrają i namalują za mniejsze pieniądze.
Pisałem już o tym, że wielu organizatorów koncertów w Polsce preferuje wykonawców zagranicznych. Przyjadą, zagrają, przywiozą własne instrumenty i własne fraki, za które zapłaci Unia, czy bogatszy podatnik bogatszego kraju ... wyjadą i nie będą mieli nieuzasadnionych pretensji. Precz z przywilejami dla krajowych Jankomuzykantów!
Nie chodzi mi  jednak o samo uderzenie podatkowe w nas, we mnie. Rozumiem, że ogólna sytuacja ekonomiczna nie jest łatwa. Argumentacja jest jednak skandaliczna, jakość tej debaty jest żenująca. To jest właśnie skłócanie ludzi i podsycanie atmosfery nieufności społecznej. Ja szanuję dobra pracę górnika, kasjerki, rolnika... nawet polityka, posła, ministra. Kasjerka nie kupuje jednak kasy fiskalnej i sprzedawanych przez siebie towarów w supermarkecie, górnik nie kupuje narzędzi wydobywania węgla. Ja moje narzędzia kupić muszę. Za gotówkę. I nie rozrzucam nigdzie po kraju płonących opon. A w moim zadufaniu nie sądzę, aby ten kraj pozbawiony darmozjadów z programem na życie podobnym do mojego był wogóle cokolwiek wart. Chyba jako rynek zbytu tanich towarów w supermarketach i dostawca taniej siły roboczej dla Zachodu. Oczywiście, do czasu kiedy nie da się już znaleźć więcej darmozjadów, na których zwali się winę za gospodarczą mizerię.

Uderzą we mnie również jako profesora. Cóż, moja profesorska pensja wzbudziłaby chyba uśmiech politowania każdego szanującego się górnika. Ale, przyznaję, ta praca ta nie ogranicza mnie w 100% i pozwala również działać artystycznie. Uderzy jednak mocno w młodszych pracowników naukowych, a ci to już nawet o kredycie mogą tylko pomarzyć (jaki bank daje kredyt zatrudnionemu na niskoopłacanych godzinach bez gwarancji utrzymania pracy naukowemu bądź artystycznemu wyrobnikowi?)

Dlatego powiem to jasno – to nie jest już mój rząd. Spieszę jednak ze słowami pocieszenia; z Gowinem określającym procedury medyczne pomagające ludziom pragnącym posiadać dzieci mianem „wyrafinowanej aborcji” i tak już nie był! Jakoś nie pożałowano również środków na wdrażanie poronionych pomysłów w dziedzinie szkolnictwa wyższego i edukacji. Dla tego typu kreatywności środki zawsze się znajdują. Ale to oczywiście inny temat.

I jeszcze jedno – zawsze denerwowała mnie maniera (chwilę po upadku komunizmu) określania Polski mianem „ten kraj”. Jeśli odnajdziecie takie określenie w tym poście to wiedzcie, że czynię to świadomie. Chcę o „ten kraj” walczyć – moim „piórem” i moja muzyką. Dla mnie demokratyczna Polska to ta z okresu krótko po upadku komunizmu. Jeszcze niedoskonała, ale dążąca prostą drogą do nowoczesności i dystansująca się od komunistycznej biurokracji. Chodzi o ten właśnie kierunek zmian. Niestety porzucony; stąd z mojej strony brak identyfikacji z Polską obecną.

czwartek, 19 lipca 2012


Agatka

„Agatka” Johanna Davida Hollanda to jedno z najmilszych przeżyć, jakich dostarczyła mi dawna muzyka polska. Kompozytor określa to dzieło jako „operetkę w 3 aktach”; my dzisiaj raczej określilibyśmy utwór jako śpiewogrę, czy singspiel. Określenie operetka trafniej oddaje jednak formę – muzyka zawiera bowiem również fragmenty godne najlepszych XVIII-wiecznych oper seria, znakomicie skonstruowane ensemble i dwa przepiękne duety miłosne. I wiele, wiele innych atrakcji ...
Najpierw moje Concerto Polacco i grupa solistów wykonała Agatkę w ramach festiwalu w Herne (tematem festiwalu były „alianse” – zatem polsko-niemiecka geneza opery doskonale pasowała do edycji festiwalu). W 2005 roku udało się wydać CD z zapisem live „Koncertu na imieniny Króla” z Zamku Królewskiego w Warszawie. W maju bieżącego roku po raz pierwszy – dzięku inicjatywie Bogdana Makala – udało się zrealizować wersję sceniczną z udziałem grupy fantastycznych studentów Wydziału Wokalnego AM we Wrocławiu i specjalnie zebranej do tego celu studenckiej orkiestry projektowej. Właściwie o każdym z solistów mógłbym coś ciepłego napisać. Jestem pod wrażeniem ich zaangażowania i pasji.
W pewnym sensie możemy powiedzieć, że muzyka przewyższa siermiężne (choć urocze jako przykład staropolskiej mowy) libretto Macieja Radziwiłła. Razem, dzieło jest atrakcyjną formą sceniczną pełną pretekstów do ciekawej realizacji. Skwapliwie skorzystała z tego Ewelina Pietrowiak, która „Agatkę” wyreżyserowała w sposób lekki i smaczny, a jednocześnie biorący pod uwagę brak środków na drogą scenografię.
Lekkość i urokliwość tej muzyki oraz znakomity warsztat Hollanda pod względem instrumentacji zaskakują mnie za każdym razem. Tak było i teraz – potwierdziły to dwa ostatnie wykonania – w bardzo pięknym budynku Teatru im. Solskiego w Tarnowie oraz w klubie... wojskowym w Krakowie w ramach Festiwalu Muzyki Polskiej z udziałem bardzo czujnej,  uważnej względem solistów i po prostu „produkującej” dobre uroczyste i pełne brzmienie (oraz, po ludzku, złożonej z fajnych, dobrych  i sympatycznych muzyków) tym razem Orkiestry Trybunału Koronnego w Lublinie. Pięknie grające oboje – Ola i Dominika zasługują  tu na szczególne ode mnie słowa podziękowania...
Mam nadzieję, że moja przygoda z Agatką jeszcze się nie skończyła...

O Bachu słów jeszcze kilka i trochę o wszystkim – edytorstwie, doktoratorstwie i habilitacjach

Wpisy vladimira (pod postem „Bach na fortepianie”) wydają mi się bardzo ciekawe i zasługujące z mojej strony na kilka osobnych esejów. Na razie razem i krótko.

Oczywiście, wiemy, że kompozytorzy XVIII wieku nie mogli liczyć na nieśmiertelność. Dopiero dzisiejsze czasy przyniosły niespotykane przedtem zainteresowanie muzyką dawnych epok, jej przewartościowanie nie pod kątem aktualności lecz „ponadczasowych” wartości i włączyły te dawne dzieła w obieg codziennego życia koncertowego. Bach na pewno nie liczył na to, że przetrwają wszystkie jego utwory. Wydaje się jednak, że cykle o najwyższym stopniu abstrakcji takie jak „Kunst der Fuge”, „Musikalisches Opfer” czy w pewnym stopniu „Wohltemperiertes Klavier” to pisane nutami traktaty kompozycji. One to planowane były właśnie jako swojego rodzaju testament muzyczny. Bach doskonale wiedział, że jedynie takie utwory mają szansę przetrwać (w podobny sposób jak przetrwało choćby dzieło Palestriny jako symbolu pewnej epoki i pewnego stylu). Prawdopodobnie musiał  również ciągle udowodniać, że jest nie tylko grajkiem – wirtuozem, improwizatorem, ale kompozytorem właśnie. Paradoksalnie, właśnie jego kompozycje o znacznie większym stopniu skomplikowania i zakomponowania materii dźwiękowej w stosunku choćby do modnego Telemanna (z całym szacunkiem i podziwem dla weny i geniuszu Telemanna) nie zyskiwały tak szerokiego uznania.  To nie jest muzyka „koncertowa”, jej wartość użytkowa jest ograniczona. Innym ciekawym świadectwem jest publikacja sześciu klawesynowych Partit i zabiegi o jak najszersze rozpowszechnienie  tego „opus 1”.  Również w tym wypadku Bach bardzo przekracza wszelkie konwencje pisania suit klawesynowych.

Mam nadzieję, że mój wpis dotyczący wydania „Inwencji i sinfonii” nie zostanie poczytany jako krytyka osoby Jana Ekiera. Nie mylą się tylko ci, którzy nic nie robią. Wydanie pochodzi po prostu z innych czasów i jest już, w świetle naszej dzisiejszej, ogólnie dostępnej wiedzy, nieaktualne. Siłą rzeczy – wydania pedagogiczne, dydaktyczne szybko tracą aktualność...Problemem jest dla mnie niedostrzeganie problemu przez PWM i ciągłe powielanie tego typu wydań (w dziedzinie muzyki organowej mamy podobny problem!) przy braku starań o pojawienie się wydań aktualnych. Mam wrażenie pewnej nieświadomości „oczekiwań rynkowych” ze strony naszego narodowego wydawcy muzycznego. Problemem jest tu pewnie również brak środków ; wydaje się jednak, że u podłoża zjawiska jest brak świadomości. W Polsce istnieje przepaść między teoretykami i muzykologami pozbawionymi świadomości praktycznych konsekwencji działań edytorskich z jednej strony i muzykami nie dysponującymi bazą teoretyczno-naukową niezbędna do podjęcia się zadań edytorskich z drugiej. Ten rozdźwięk między teorią i praktyką jest zresztą ważną bolączką polskiego szkolnictwa muzycznego WSZYSTKICH szczebli. Innymi słowy: praktyka muzyczna nie chroni naszych naukowców przed opowiadaniem bzdur łatwych do rozszyfrowania przez każdego grającego, a z kolei, muzycy-praktycy gnani do pisania doktoratów, habilitacji o naukowym polorze nie sięgają wyżej po rzeczywiście twórcze połączenie artystycznej kreacji z rzetelnym warsztatem naukowym. Przecież zamiast pisywać pseudonaukowe ...(określenie usunięte przez autocenzurę)  pod tytułem „Partia fletu w muzyce kameralnej na  przykładzie 2 sonat fletowych” (instrument dobrany przeze mnie losowo!, konstrukcja tematu niestety typowa) muzycy (a przynajmniej ci obdarzeni trochę bardziej analitycznym spojrzeniem) mogliby właśnie w ramach tychże publikacji odkrywać nową, nieznaną literaturę bądź dokonywać pedagogicznych opracowań z pożytkiem dla polskiego życia muzycznego i bez powiększania zwałów pseudonaukowej makulatury.
No, ale w polemicznym ferworze zapędziłem się w zupełnie inne rejony odchodząc od wyjściowego tematu...

Jeszcze jeden bardzo inspirujący wątek we wpisie vladimira to ten dotyczący uczuć i emocji. Oczywiście – tak cudowne „analizy psychologiczne” jak „Don Giovanni” duetu Da Ponte-Mozart czy opis Charlesa Burneya tego, jak CPE Bach zatracał się w improwizowaniu na klawikordzie (muzyka tego ostatniego kompozytora to zresztą właśnie cudowny przykład emanacji najrozmaitszych stanów psychologicznych w muzyce; czasem kilka różnych stanów w jednym takcie!) świadczą o niespotykanym wcześniej bezpośrednim eksponowaniu emocji i apelowaniu do emocji przez kompozytorów. Z drugiej strony, muzyka romantyzmu przez nas bezkrytycznie przyjmowana jako naturalnie emocjonalna jest również skrajnie techniczna (to właśnie romantycy „spetryfikowali” i pedantycznie zachowywali formę allegra sonatowego!). Dla mnie fascynujący jest również „przepływ” emocji u Haydna – geniusza muzycznej czystej formy tkającego jednak swoje intelektualne konstrukcje z wysoce emocjonalnego pod względem motywicznym i harmonicznym materiału. Ale jak tu zinterpretować taką emocjonalność słowami? Tu nie mamy operowych odniesień i konwencjonalnych postaci-charakterów jak u Mozarta... Ta muzyka wymyka się słowom. Temat emocji w muzyce wcześniejszej i świadomego ich odmalowywania przez wczesnych twórców wart jest chyba szczegółowego zbadania (a może coś na ten temat jest?).
Ja wierzę w to, że choć uczucia w muzyce XVII i XVIII wieku ubrane są w kostium alegorii lub wyrażane językiem afektów to są mimo wszystko prawdziwymi uczuciami. No, spróbujmy zmusić jakiegoś jazzmana do opowiedzenia o uczuciach i wyszczególnienia jakie gdzie uczucia miał ... Chyba trudne ... A przecież nikt nie zarzuci muzyce jazzowej braku emocjonalności ...

Dziękuję za inspirujący wpis a wszystkich odwiedzających mojego bloga zachęcam do przeczytania refleksji vladimira.




poniedziałek, 16 lipca 2012


Klawesyn pedałowy w Słupsku

Jest taki! To, o ile mi wiadomo jedyny tego typu grający instrument w Polsce. Konstrukcyjnie rzecz biorąc – dwa osobne instrumenty – duży klawesyn „koncertowy” firmy Neupert i osobny klawesyn obsługiwany przez klawiaturę nożną.
Opowiadana mi historia pojawienia się tego instrumentu w Słupsku jest dość zabawna (choć przyznaję;  nie wiem czy prawdziwa ...) Podobno radzono się, jaki klawesyn najlepiej kupić. W tamtych czasach modne były klawesyny pedałowe tzn. klawesyny z pedałowym systemem zmiany rejestrów ... W katalogu Neuperta „Pedalcembalo” to jednak właśnie taka monstrualna zabawka złożona z dwóch klawesynów.
Instrument  nie był często używany, ale mam nadzieję, że to się zmieni. Mimo rzadkiego użytkowania obie części są w dobrym stanie.  
Warto również powiedzieć, że w ostatnich latach przewartościowano opinie na temat użycia strunowych instrumentów klawiszowych z klawiaturą pedałową – skłaniamy się obecnie do opinii, że duża część literatury „organowej” XVII i XVIII wieku to właśnie literatura „strunowa” a nie „piszczałkowa”.
Choć słupski klawesyn nie jest historyczną kopią; jest w dobrym stanie i jest pełnowartościowym medium do interpretacji tego typu literatury.

Lemingi zdalnie sterowane

Lemingi to istoty wychowane na propagandzie suflowanej nieustannie przez „Gazetę Wyborczą” i TVN24, które nawet jeśli utrzymują jeszcze kontakt z rzeczywistością – choć na pewno widzą ją tak, jak chcą tego mainstreamowe media – straciły zdolność samodzielnego myślenia.
Najstraszliwsze w tym jest to, że lemingi i inne bezmyślne stwory ową „Gazetę Wyborczą” kupują (sic!) preferując propagandę od bezpłatnych egzemplarzy „Rzeczpospolitej”, którą troskliwe dłonie bojowników o samodzielność myślenia wykładają w hotelach, pociągach i różnych innych alternatywnych i wolnych od zawłaszczenia przez mainstream miejscach (ciągle zadaję sobie pytanie skąd na to kasa, ale może to głupie pytanie.). Jeśli zatem chcemy utrzymać kontakt z rzeczywistością wystarczy tylko sięgnąć ręką po najbliższy egzemplarz niezależnej, obiektywnej i co najważniejsze, bezpłatnej prasy.

Wychowanie młodzieży

Nie jestem amatorem ścigania korupcji i podniecania się niewspółmiernie wysokimi dochodami osób związanych z piłką nożną.
W dzisiejszej „Rzepie” wywiad ze skazanym za korupcję i „odwieszonym” trenerem. I jedno zabawne pytanie i zabawna odpowiedź :
- Miał Pan dorosłe dzieci, ale w Koronie jako wychowawca sprawdził się Pan średnio.
- ... Powiem tylko, że młodzi piłkarze nigdy nie brali udziału w rozmowach na temat korupcji.
Szacun, to naprawdę przykładna postawa wychowawcy młodych sportowców. Ciekawe, jak dzielone były „pieniądze na rozwój kultury fizycznej” między „starych” i „mlodych” . Z wypowiedzi można wnioskować, że młodzież była troskliwie chroniona przed brudnymi pieniędzmi ...

W tej samej „Rzepie” dowiaduję się, że jestem lemingiem zdalnie sterowanym, ale o tym w następnym wpisie!



sobota, 14 lipca 2012


Koszalin po raz osiemnasty

Czas na kilka refleksji po naszym dorocznym, koszalińskim spotkaniu. To już osiemnasty raz bez przerwy! Uświadomiono mi, że jesteśmy podobno najdłużej działającym, letnim kursem organowym w Polsce. Początki były bardzo skromne – samofinansujące się kilka dni lekcji ze mną w Koszalinie. Potem zaczęliśmy zapraszać wykładowców z zagranicy; pierwszym był Tomasz Adam Nowak – działająca w Niemczech wielka duma polskiej organistyki, a obecnie profesor Musikhochschule w Detmold. Genialny improwizator, laureat I nagrody konkursu w Haarlem... Potem (nie staram się zachować kolejności): Christopher Stembridge, Vincent Warnier, Christoph Grohmann, Klaus Eichhorn, Peter van Dijk, Jaroslav Tůma, Aude Heurtematte, Jan van Mol, Desmond Hunter, Dalibor Miklavčič, Dietrich Kollmansperger, Wolfgang Seifen... Plejada znakomitych postaci, często specjalistów w zakresie określonego wycinka organowej literatury. Czasem – dodatkowe instrumenty – pozytyw, francuska fisharmonia koncertowa, klawesyn, klawikord. Organizowaliśmy też wycieczki do innych instrumentów (Koszalin, Białogard, Połczyn Zdrój, Słupsk, Darłowo). Z uwagą obserwuję pojawiających się u nas uczestników – z roku na rok większa jest świadomość, o co w tej całej sztuce organowej biega. Osób zupełnie niezorientowanych (na początku wiele osób grało jeszcze na zasadzie – wszystko legato, bo przecież organy to instrument kościelny) w zasadzie już nie ma ... Z pewną dumą myślę o tym, że ten wzrost stylistycznej i interpretacyjnej świadomości to w pewnym stopniu wynik również naszego uporu i cierpliwego drążenia skały.
Pomysł kursu wyszedł od znanego koszalińskiego organisty Bogdana Narlocha . To właśnie dzięki niemu ten kurs może się odbywać i dzięki niemu trwa. Na łamach tego bloga dziękuję mu za wieloletnią przyjaźń, dobrą atmosferę i wzięcie na siebie wszelkich trudów organizacji.
Kochani; pragnę zrobić małą, internetową kronikę i dokumentację fotograficzną, ale niestety nie byłem systematycznym dokumentatorem. Jeśli jesteście w posiadaniu jakichkolwiek zdjęć; podeślijcie proszę z informacją, z którego są roku.

O ukraińskich sprzątaczkach raz jeszcze

Kontynując bliski mi temat Ukrainy proponuję rzut oka na inny ciekawy wpis : http://www.jacekmurawski.pl/pl/aktualnosci/entry,75,pan-z-polski-wie-pan-mam-swietna-sprzataczke--tez-z-polski.html

Wyścigi na fortepianie i Bach Jan Sebastian

W ostatnich latach obserwuję ogromne zainteresowanie „stylowym” wykonawstwem muzyki Bacha na współczesnym fortepianie. Słowo „stylowy” w cudzysłowie rozumiałbym w takim wypadku (wyboru nieistniejącego czy wręcz niemożliwego  w czasach Bacha instrumentu) chyba bardziej jako stylish – wysmakowany stylistycznie, interpretacyjnie, kreatywny niż wierny wszystkim osiemnastowiecznym zasadom wykonawczym. Chociaż ...Pewnym zabawnym nieporozumieniem jest oczekiwanie, że tego typu konsultacja przyniesie owoce na jakimś konkursie pianistycznym. Związane jest to z ciągłym domaganiem się od szkół (a co za tym idzie od nauczycieli) mierzalnych wyników i punktowanych miejsc od uczniów. Bachowskie dzieła kiepsko nadają się jednak do ścigania. Jeśli pytamy o to „jak Bacha należy grać?” (czy wręcz o to, jakie obecnie OBOWIĄZUJĄ STANDARDY grania Bacha) to nie zajmujemy się muzyką samego Bacha, lecz upodobaniami tego, czy innego konkursowego jury. W Bachu – z powodów, o których niżej – możemy „ścigać się” na piękno i kreatywność – nie na szybkość, czy wierność zasadom. To ostatnie ma zresztą wydźwięk jednoznaczny i oznacza ściganie się na konformizm wobec dominujących postaci „zasiadających” tu i ówdzie. Takich wyścigów na tym blogu oczywiście nie popieram, na szczęście mam wrażenie, że to zainteresowanie pianistów jest wynikiem rzeczywistego zaciekawienia problematyką, a dopiero potem chęcią odniesienia korzyści praktycznych.
Ostatnio taka przygoda zdarzyła mi się w Szczecinku (Letni Kurs Pianistyczny) i w Koszalinie (od dwóch lat uzupełniamy kurs Interpretacji Organowej o część fortepianową). Szczególnie w Szczecinku miałem przyjemność słuchać wielu młodych, czasem bardzo młodych pianistów, którzy Bacha serwowali w sposób artystycznie przekonywujący i po prostu ładny. Stąd pewien optymizm – mimo nacisku na konkursy nauczyciele pozostają wierni dziełu rozwijania wrażliwości uczniów.
Dlaczego tak trudno ustalić raz na zawsze jak tego Bacha grać? Pierwszy powód to różnorodność klawiszowego instrumentarium, z jakim Bach miał do czynienia. Klawikord, klawesyn, a raczej różne jego odmiany, organy ... dalej : znany już Bachowi fortepian Silbermanna, Lautenwerk i kilka innych, dziś już mniej znanych instrumentów. Drugi to uniwersalizm jego muzycznego języka; wynikający po części z ogólnych zasad retoryki (rozłączność podstawowych elementów powstawania mowy – tych konstrukcyjnych: inventio, dispositio, elocutio, elaboratio z jednej i odnoszącej się do dziedziny „wygłoszenia mowy” pronuntiatio z drugiej), a po części ze świadomego działania Bacha dążącego do stworzenia działa ponadczasowego. Musimy jednak pamiętać o tym, że różne jest przyporządkowanie stylistyczne takich dzieł jak „Wohltemperiertes Klavier” i np. Suit francuskich. W tych ostatnich odejście od ścisłych reguł wykonawczych stylu francuskiego powoduje znacznie większe (i negatywne raczej) konsekwencje. 
Dla wielu współczesnych muzyków przyzwyczajonych do ścisłych wskazówek wykonawczych abstrakcyjny słownik formuł muzycznych, jakim jest „WtKl” wyzwala tęsknotę za jednoznacznym określeniem tempa, charakteru utworu. Stąd pewnie popularność dość autorytarnej wizji Mugelliniego. Czyż jednak współczesne szkolnictwo nie powinno rozwijać w większym stopniu samodzielności i umiejętności podejmowania indywidualnych decyzji artystycznych? Pytanie z mojej strony chyba retoryczne ...
Największym problemem współczesnej polskiej sztuki gry Bacha na fortepianie jest jednak pokutujące wciąż wydanie Inwencji i Sinfonii (w red. Jan Ekiera). Nie chodzi mi tu tylko o to, że proponowane wskazówki odległe są o lata świetlne od aktualnego stanu wiedzy na temat XVIII-wiecznej techniki gry. To oczywiste w wypadku edycji pochodzącej z odległych już nam czasów. Przecież właśnie w obszarze interpretacji muzyki dawniejszej lata następujące po wydaniu przyniosły wiele odkryć i zainicjowały naszą zmianę w postrzeganiu tej muzyki. Ekier w spektakularny sposób myli bachowskie „kantable Art” (śpiewny sposób gry) z typowym dla późnodziewiętnastowiecznej muzyki organowej dogmatycznie ścisłym legatem z użyciem cichej zamiany palca. Proponowane przez niego palcowania są nie tylko niestylowe; nie biorą również pod uwagę budowy formalnej i frazowania; są też niebezpieczne dla ucznia i niewłaściwe z punktu widzenia elementarnej techniki klawiszowej. Niezrozumiałe jest zatem ciągłe powielanie tego naprawdę anachronicznego już wydania przez Polskie Wydawnictwo Muzyczne. Tym bardziej, że „layout” i po prostu czytelność edycji (rodzaj i wielkość czcionki, upstrzenie tekstu zaciemniającymi obraz propozycjami realizacji ozdobników, palcowaniem, niekonkretnymi wskazówkami słownymi) woła o pomstę do nieba. Myślę, że nowe „praktische Ausgabe” – opracowanie  pedagogiczne z kompetentnymi sugestiami dotyczącymi realizacji ozdobników i palcowania jest palącą potrzebą polskiej pianistyki. Warto oprzeć takie wydanie o reguły wykonawcze z czasów Bacha, które wbrew pozorom nie są wcale egzotyczne i przestarzałe. Wręcz przeciwnie; nasze dzisiejsze myślenie o graniu „na klawiszach”, o pozycji ręki i podstawowych zasadach „pianistycznej higieny”  rozpoczyna się włąśnie od Carla Philippa Emmanuela, który sam z kolei powołuje się na osiągnięcia ojca. Na przykład nasze dzisiejsze palcowanie gam ...