Follow by Email

wtorek, 22 października 2013

O szkodliwości funkcji asystenta w uczelniach muzycznych

W uzupełnieniu wpisu dotyczącego stanu profesorskiego dzisiaj o asystentach.
Muszę od razu zaznaczyć, że problem analizuję z punktu widzenia profesora uczelni muzycznej. Sytuacja zespołów badawczych w uczelniach o profilu naukowym może być zupełnie inna. Tej nie znam i nie podjąłbym się analizy.
Niemniej, powiedzmy to od razu. W muzyce jest tak, że albo jest się asystentem, albo artystą. Są oczywiście pewne sytuacje, w których pomoc i współpraca jest potrzebna (przychodzi mi tu na myśl funkcja dyrygenta-asystenta w operze). Jednak uczenie innych wymaga wzięcia odpowiedzialności za WŁASNE koncepcje, a nie krycie się za parawanem cudzych poglądów. Model awansu w polskich uczelniach muzycznych jest nie do przyjęcia. Ten model, przypomnijmy, polega na tym, że zaraz po studiach delikwent zostaje asystentem. Ma "realizować linię profesora" co oznacza siedzenie na lekcjach mistrza, robienie za niego lekcji (kiedy ów w koncertowych bawi wojażach), przytakiwanie, ewentualnie wkopywanie studentom, których "mistrzu" skazał na niebyt.
Funkcja asystenta nie zakłada samodzielności artystycznej. Wielu z asystentów podążając ścieżką jedynoprawdy zostaje potem równie karnymi doktorami-adiunktami, a potem ... profesorami. Tu już nie karnymi (chyba, że w stosunku do innej, nadrzędnej władzy...), a karności oczekującymi.
Na żadnym z etapów tej ścieżki priorytetem nie jest niezależność artystyczna.

Jestem przeciwnikiem funkcji asystenta jako takiej. Powinna być ona raczej wyjątkiem niż regułą.
W tej formie to najbardziej szkodliwy element polskiego szkolnictwa muzycznego wyższego stopnia.

PS Oczywiście chwała tym, którzy tę ułomną strukturę wypełniają treścią inną niż opisana powyżej.

sobota, 19 października 2013

Profesor - zawód czy powołanie

Wpadka profesora Rońdy powoduje, że media nieustannie odmieniają przez wszystkie przypadki słowo profesor. Ten wpis nie będzie dotyczył jednak tej konkretnej sytuacji; w kontekście bardzo mocnego obniżenia image'u profesorskiego tytułu chciałbym przyjrzeć się jednak skąd wynikają nieuzasadnione i zawyżone wobec profesorów oczekiwania.
W Polsce status profesora jest wyjątkowy - to jednocześnie trzeci szczebel kariery naukowej (doktorat, habilitacja, profesura) i oficjalny tytuł przyznawany przez Prezydenta. Zamieszanie wprowadza tu fakt, że stanowisko "profesor" jest niezależne od jednobrzmiącego tytułu. Stanowisko otrzymać można jeszcze przed otrzymaniem oficjalnego tytułu na okres 5 lat. Warunkiem jest tu posiadanie habilitacji. Takim profesorom nie przysługuje prawo umieszczania tytułu przed nazwiskiem, a jedynie możliwość dopisania stanowiska po nazwisku (np. w wypadku akademii muzycznych - Jan Kowalski, profesor AM). Zastanawiam się wciąż kto wymyśla takie głupoty...
W wielu krajach sytuacja jest prostsza - profesor to uczelniane stanowisko otrzymane w wyniku nominacji bądź konkursu.
Czy to jest gorsze? Wydaje się, że prostota jest tu właśnie atutem. Profesura nie jest tam otoczona nimbem niedostępnej świętości. Zakładamy, że profesor to też człowiek, a błędne decyzje się zdarzają. Decyzję nominacyjną musi podjąć jednak konkretna osoba, bądź wąskie grono osób i wziąć za nią odpowiedzialność.
Nie idealizuję tego systemu i nie nawołuję do natychmiastowego rozmontowywania polskiej praktyki. Nasza żmudna droga awansu obwarowana licznymi zabezpieczeniami w postaci coraz większych utrudnień formalnych (akurat w tym wypadku uproszczenie procedury habilitacyjnej jest chwalebnym wyjątkiem) nie skutkuje jednak podniesieniem poziomu środowiska profesorskiego. Skomplikowane procedury chętnie projektowane są przez tych członków gremiów akademickich, którzy mają je już za sobą. Przygotowanie wniosku o przeprowadzenie doktoratu/habilitacji zajmuje coraz więcej czasu (bynajmniej nie chodzi tu o badania, działalność artystyczną itp. - to wyłącznie wymagania formalne dotyczące przygotowania dokumentacji). Efekt jest łatwy do przewidzenia; faworyzuje to nie tyle naukowców (czy artystów) najzdolniejszych i najbardziej pracowitych, ale tych, których nie przeraża myśl wykonywania bezsensownej, biurokratycznej pracy. Zazwyczaj znienawidzonej przez jednostki kreatywne.

Czas na wnioski. Jak już napisałem nie sugerowałbym natychmiastowej zmiany ustawy i konstruowania naszego systemu na nowo. Atutem dobrych systemów jest ich stabilność i przewidywalność sprawdzona i wypróbowana w długim okresie czasu. Każda zmiana skutkuje kilkoma latami przystosowywania się środowiska do nowych warunków (odnośne regulacje prawne pisane są zazwyczaj w niejasny sposób - spieranie się różnych grup interesu i nacisku, co powoduje konieczność emitowania licznych dodatkowych rozporządzeń. Te zaś znajdują się już poza obszarem kontroli środowiska!).
Apeluję zatem o stabilność, umiar i zdrowy rozsądek. Prawo reguluje wyłącznie kwestie formalne. Poziom naukowy/artystyczny doktoratów, habilitacji, doktorantów i habilitantów będzie tym wyższy im więcej czasu poświęconego zostanie na sprawy istotne.

Jednocześnie uważam, że powinniśmy jako społeczeństwo zweryfikować nasze oczekiwania względem tytułu "profesor". Sam tytuł czy samo stanowisko o niczym jeszcze nie przesądza. Pojedyncze przypadki (jakkolwiek znaczące!) nic nie mówią nam o kondycji całego środowiska (czy stanu profesorskiego).
Piszę to, bo boję się, aby mocny medialnie upadek prof. Rońdy nie został wykorzystany jako pretekst dla miłośników ciągłego majstrowania przy prawie.

wtorek, 15 października 2013

Jeszcze o IPN i UPA

Nie daje mi to spokoju. Długo się zastanawiałem co właściwie mnie tak strasznie zakłuło w akcji IPNu.
Myślę, że warto wyobrazić sobie, że oto w metrze pojawia się analogiczna, krótka notka dotycząca "Luftwaffe" :
26 lutego 1935 roku rozkazem Hitlera powołana została Luftwaffe, która w czasie nalotów na Warszawę bombardowała cywilne szpitale.
Prawda? Prawda. Razi? Razi.
Możemy sobie wyobrazić taką sytuację? No nie!
Warto sobie uświadomić dlaczego nie jest to możliwe.
Niemiecka wina związana z wybuchem II wojny światowej nie ulega wątpliwości; nie ulega tu również wątpliwości, że Polska była nazistowskiej polityki jednoznaczną ofiarą.
Temat został już "przepracowany" w Polsce, a samym Niemcom łatwo (często zbyt łatwo) przychodzi dystansowanie się od mającej systemową sankcję faszystowskiej przeszłości. Niemcy są obecnie ważnym partnerem Polski postrzeganym jako państwo wspierające nasze członkostwo w UE i demokratyczne społeczeństwo.
Stąd opisany przeze mnie hipotetyczny krok odebrany byłby jako bezsensowny i szkodliwy niezależnie od prawdziwości / fałszywości takiego uproszczonego sądu.
W wypadku ukraińskiej UPA sytuacja jest inna. Paradoksalnie ważny jest tu fakt kulturowej (i geograficznej) bliskości Polaków i Ukraińców. Rzezi dokonywano często na sąsiadach. UPA nie mogła mieć państwowej sankcji (wygodnej dla późniejszego przerzucenia odpowiedzialności na system), gdyż ukraińskiego państwa nie było.
Ważne jest jednak również to, że rzeź wołyńska (niewątpliwie zbrodniczy błąd kierownictwa UPA) była wynikiem długiego, wielowiekowego procesu narastania polsko-ukraińskiego konfliktu, w którym Polacy mają swoją cząstkę winy. Nie staram się wybielać roli UPA w rzezi wołyńskiej. Nie jestem historykiem i nie podejmuję się oceny tego, która ze stron miała więcej istnień na sumieniu.
Chcę tylko powiedzieć, że w świetle trwającej dyskusji (mimo wszelkich różnic dobrze, że taka płaszczyzna dyskusji jest) i w kontekście splątania polsko-ukraińskich losów publiczne walnięcie w oczy sprowadzonym do prymitywnej formy hasełkiem "UPA = Ukrainiec = morderca" może mieć na celu tylko jedno. Chodzi o wyłączenie krytycznej oceny faktów u osób z niewielką świadomością historyczną. To świetny argument na rzecz pogardliwego traktowania ukraińskich gastarbeiterów i ogólnie lekceważącego stosunku do wschodnich Słowian.
Myślę, że wszyscy czytelnicy tego maila znają moje podejście. Uważam, że to nam potrzebna jest Ukraina. Lekceważenie wschodnich elementów naszej tradycji jest tej tradycji zubożeniem, a obserwując mentalność, sposób życia, wady i zalety kultury, któa jest nam jednocześnie bliska i daleka możemy wiele dowiedzieć się o nas samych.

Zastanówmy się jednak, czemu lub raczej komu może służyć opisana przeze mnie akcja IPNu.
Nam? A niby to w jaki sposób? Czy jeśli będziemy bardziej nie lubić Ukraińców to nam się poprawi?
Ukraińcom, aby zrozumieli błędy własnej historii? Ukraińcy sami mają problem z precyzyjnym zdefiniowaniem własnej tożsamości narodowej. Zresztą tekst w metrze przeczytają tylko warszawscy Ukraińcy. Nasi goście, było nie było...
Wzajemnemu zrozumieniu? Temu służyć może tylko uważne wzajemne wsłuchiwanie się.

Właściwie nie powinno mnie to dziwić. IPN już od dłuższego czasu działa według zasady : "Prawda was wyzwoli" Każda prawda, prawda za wszelką ceną. Prawda uproszczona do granicy imbecylstwa, tak że w rezultacie staje się prawdy zaprzeczeniem.

No więc jeśli pomyślicie komu to służy (lub komu służy IPN) to wniosek nasuwa się sam.
Sami wiecie komu!

PS Można pozwolić sobie jeszcze na jedną interpretację IPNowskiej informacji. Dowiadujemy się oto, że oto UPA miała na celu stworzenie ukraińskiej państwowości i dlatego zabijała. Można by więc wysnuć wniosek, że samo istnienie ukraińskiej państwowości jest, siłą rzeczy, zagrożeniem dla sąsiadów.
To również woda ma młyn Sami-Wiecie-Kogo i często powtarzana mantra zapamiętałych Wielkorusów. O ile mi wiadomo interpretacja ta również nie ma nic wspólnego z oficjalną linią polskiej polityki zagranicznej konsekwentnie wspierającej ukraińską, młodą niepodległość.

Pamięć, IPN i UPA

Od pewnego czasu IPN traktuje warszawskie metro jako własną tubę propogandową.
IPN to pewnego rodzaju fenomen. Za pieniądze pochodzące z naszych podatków prowadzi działalność godzącą w politykę zagraniczną naszego Państwa, jego rację stanu i dobre stosunki z sąsiadami. No bo jak inaczej nazwać coś takiego :


Doprawdy, porażająca umiejętność syntezy. Celem UPA było utworzenie ... państwa ukraińskiego, dlatego dopuszczała się masowych zbrodni ... Proszę zwrócić przy okazji uwagę na piękną składnię tego zdania; piękny przykład godnej "Humoru zeszytów"  niezgodności podmiotów w zdaniu nadrzędnym i podrzędnym. Rozumiem, że nowatorstwo w zakresie polszczyzny służy tu jednak wyższym celom.
"Naukowcy" z IPN-u sprowadzili poplątane polsko-ukraińskie losy do jednej, prostej i zrozumiałej dla każdego Polaka prawdy.
To, co IPN robi, za nasze przecież pieniądze jest oburzającą propagandystyką (bo o standardach naukowych doprawdy trudno tu mówić) nawiązującą w prostej linii do czystych, stalinowskich wzorów.
Pojednanie polsko-ukraińskie jest procesem żmudnym i długotrwałym, ale znajdujemy się w komfortowej sytuacji unikalnego historycznego momentu pozwalającego nam na suwerenne układanie i poprawianie na nowo naszych stosunków z sąsiadami. To wymaga powstrzymania się od uproszczonych ocen. Mam wrażenie, że w ten proces angażuje się i rząd, i niektóre instytucje oraz wiele osób prywatnych. To prawda, że nasza wspólna historia jest skomplikowana, a UPA dopuszczała się zbrodni. Nie tylko na Polakach, również na wielu Ukraińcach. Nie tylko UPA. To wszystko działo się w realiach szalejącej wojny; przemoc była czasem wyrazem panicznego strachu agresorów. Decyzje często inspirowane były przez innych politycznych  graczy. Rozpaczliwa walka Ukraińców o własną państwowość mimo tragicznych dla Polaków konsekwencji może być jednak przez nas rozumiana, a na pewno powinna być przedmiotem  poważnej jedynie dyskusji.

To, co robi IPN - piętnowanie konkretnych osób przez wywieszanie zdjęć z nazwiskami (nawet  zbrodniarze stalinowscy powinni podlegać sądom, a nie sankcjonowanemu przez państwo samosądowi w stylu średniowiecznego pręgierza), objawianie wszem i wobec skrajnie uproszczonych prawd historycznych załadowanych dodatkowo niezdrowym ładunkiem emocjonalnym - to w warunkach wolnego kraju paranoja.


środa, 9 października 2013

Uwaga! Michalik uczy rodziców. Pomyłka?

Starałem się unikać na tym blogu postów bezpośrednio politycznych; szczególnie o tematyce kościelnej.
Niemniej jednak nie mogę pozostać obojętnym wobec niewyobrażalnie podłych słów abp Michalika dobitnie pokazujących jak ów Książę Kościoła rozumie odpowiedzialność za czyny reprezentowanej przez siebie potężnej organizacji.

Wielu tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby relacje między rodzicami były zdrowe ... często niewłaściwa postawa wyzwala się, kiedy ono (dziecko) szuka miłości ... ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze drugiego człowieka wciąga. Dzisiaj otrzymujemy z instancji międzynarodowych instrukcję, że mamy zaczynać wprowadzać dzieci w życie seksualne już w przedszkolach. To jest horrendalna rzecz, przecież trzeba pomóc dziecku i wzmocnić rodzinę, a nie iść po linii najmniejszego oporu.

Przyzwyczailiśmy się już do słów mówiących o tym, że gwałcone kobiety są same sobie winne. Bo prowokują. Okazuje się teraz, że dzieci też. Winni są jednak rodzice, którzy dają zły przykład (ciekawe swoją drogą w kraju, w którym kościoły w niedzielę są pełne, a wzorcem moralnym jest właśnie ... ) A ponieważ wielu Mężów Bożych posiada subtelną wrażliwość i preferuje czyste i słodkie dziateczki od brudnych cór Ewy to ulega! Więc niech dziatki nie udają aż takich niewinnych. Bo prowokują i to jak! Mężów Bożych na pokuszenie wodzą. Skoro już jednak sprowokowały to przynajmniej niech siedzą cicho jak mysz pod miotłą i niech (ich) rodzina przez duże "R" wzmacnia się. 
A wszystko przez tę Europę, która krzywym okiem patrzy na nasz pradawny i święty model Rodziny. Model, w którym krzywdzone dziecko głosu nie ma. Dla własnego zresztą dobra. Bo starsi mają mówić, a dzieci słuchać. A jeśli mówią głupio i nie dają dobrego przykładu, to zawsze znajdzie się Mąż Boży, który przykład da. Czasem własnym ciałem.
Tak, zgadzam się, Panie Arcybiskupie. To jest horrendalna rzecz.

Najgorsze w tym jest chyba to, że dyskurs abp Michalika wyklucza płaszczyznę porozumienia.
Pewnie też o to zresztą chodzi; o zademonstrowanie "mocy" względem odszczepieńców typu ks. Lemańskiego. Antyklerykałowie mogą zaś się cieszyć; oto Kościół po raz kolejny wbił sobie samobója. Jako społeczeństwo jednak coraz bardziej polaryzujemy się i zamykamy sobie drogę do komunikowania się. Na tym polega właśnie szkodliwość społeczna tej pychy i buty. Nigdy nie uważałem się za wroga kościoła, ale takie wypowiedzi zmuszają przecież do opowiedzenia się bądź po stronie pedofilów i ich obrońców, bądź po tej drugiej. Miejsca dla poglądów umiarkowanych jest i będzie coraz mniej.

środa, 2 października 2013

Dwa pożegnania

Ten koniec lata przyniósł dla mnie dwa bardzo smutne pożegnania.

Magdalena Czajka to postać, bez której trudno wyobrazić sobie współczesną polską kulturę organową. Myślę, że dopiero za parę lat, z pewnym dystansem, będziemy mogli realnie ocenić jak wiele dla poziomu tej dyscypliny muzycznej zrobiła. Organizowane przez nią kursy to był powiew Europy w grajdołku, otwarcie okna (a uczestnicy ciągnęli tłumnie z całej Polski!) na szeroki świat. Znakomite dla popularyzacji ideałów świadomego wykonawstwa tłumaczenie Harnoncourta czy jej uprawiana z niezwykłą pasją działalność pedagogiczna zawsze budziły mój podziw.
Ponieważ formułą bloga pozwala na kilka bardziej osobistych wspomnień ... poznałem ją nietypowo: jako studentkę reżyserii dźwięku nagrywającą grę zespołu, w którym brał udział mój brat. To było pierwsze spotkanie. Byłem jeszcze uczniem Liceum Muzycznego. Była również jedną z pierwszych osób, które zauważyły mnie jako organistę. Na bardzo wczesnym etapie mojej kariery.
Dzisiaj żałuję, że nasze drogi zawodowe potoczyły się tak, że nasze kontakty nie były zbyt częste. Choć ostatnio miałem wrażenie, że coś się właśnie zmienia...

A niedawno -  pożegnanie z profesorem Czesławem Freundem. Dwa razy współpracowaliśmy przy okazji projektów oratoryjnych realizowanych w katowickiej Akademii. Wspominam go jako znakomitego i bardzo kompetentnego chórmistrza. Ale również - znów osobiście - jako człowieka, który wielokrotnie "w biegu" obdarował mnie zwykłym, ciepłym, zachęcającym słowem. To obecnie, szczególnie w środowisku akademickim,  rzadka i bardzo wartościowa waluta.
Jakoś nie potrafię sobie wyobrazić, że nigdy już nie spotkam go na korytarzu.

Dwie piękne postaci. Jakże zasługują na naszą pamięć i ciepłe wspomnienie.