Follow by Email

niedziela, 23 czerwca 2013

Mój osobisty protest

Wszyscy my na uczelniach muzycznych zaczynamy się zastanawiać jak to będzie z tą odpłatnością za drugi kierunek. Dużo wątpliwości; jak to ma się na przykład w wypadku dwóch różnych specjalności (np. kombinacja klawesyn-organy, klawesyn-fortepian, skrzypce-skrzypce barokowe). Z opłat (mocą rozporządzenia ministra) zwolniono dyrygenturę, teorię i kompozycję. Uczelnie muzyczne – jedna po drugiej – zaczynają podawać przewidywane ceny opłat za drugi kierunek studiów. Ceny, jak można było się spodziewać, horrendalne. Mit prawa do edukacji, mit budowania wykształconego społeczeństwa opartego na wiedzy jeszcze raz nie wytrzymał zderzenia z przaśnością i ograniczonym światem mentalnym polskich prawodawców. Po raz kolejny; zamiast uczynić krok do przodu wykonano salto do tyłu.

Dlaczego mnie to tak denerwuje? Przecież pierwszy kierunek za darmo, więc czego ten Toporowski znów się ciska?

Polski system wyższej edukacji w żałośnie wąski sposób definiuje kierunki. Zazwyczaj : ukończenie jednego kierunku daje wykształcenie niewystarczające do realizacji wielu muzycznych pomysłów i planów. Założenie ustawy było takie, że uczelnia może tworzyć nowe kierunki lepiej spełniające dążenie studenta do zbudowania takiego profilu kształcenia, który pozwoli mu zrealizować jego indywidualny program na życie. To może się udawać w uczelniach dużych, w których oferta wykładów prowadzących dla znaczących tj. kilkudziesięciu- czy wręcz kilkusetosobowych grup studentów jest duża. W praktyce uczelni małych zdefiniowanie nowego kierunku wcale nie jest proste; przede wszystkim z oczywistych względów i ograniczeń finansowych, ale może rozbić się też o konserwatyzm władz, czy środowisk uczelnianych... Nie każdy student też zdaje sobie sprawę z tego, że np. po dwóch latach studiów spotka coś „obok” co zechce włączyć w obszar własnych zainteresowań. Coś, co uzupełnia mainstream jego zainteresowań, a może nawet lepiej odpowiada jego talentowi i predyspozycjom. Kandydaci po szkołach średnich przychodzą z niewiarygodną wręcz sieczką w głowie i marnym poziomem świadomości (zatrważający jest np. poziom w dziedzinie historii muzyki; to właściwie adres do naszych teoretyków, którzy sieją w umysłach uczniów jakieś niepowiązane ze sobą i oderwane od praktyki muzycznej informacje. Przepraszam tu  znajomych teoretyków, ale tak właśnie jest i coś, do cholery, z tym powinniście zrobić!)

Wróćmy jednak do mojego osobistego doświadczenia.
We współczesnym świecie wąsko wykształcony klawesynista – z nielicznymi wyjątkami osób „fanatycznie” i z pełnym przekonaniem skoncentrowanych na jednej, jedynej specjalności – to przeżytek. Niestety właśnie taki przeżytek w majestacie prawa zadekretowano burząc moją wieloletnią pracę nad otwieraniem, łączeniem, syntetyzowaniem i wyłapywaniem indywidualności, dla których klawesyn to wybrana z pełnym przekonaniem specjalizacja.
Stąd – temu rządowi - wojna !
Powiem to jeszcze raz: uczyniono dokładną odwrotność tego, co należało było uczynić.

Studentom, którzy chcą realizować dwa kierunki czy dwie specjalności należy się stypendium, a nie odpłatność za studia! To jest właśnie właściwy kierunek i właściwa inwestycja w przyszłość narodu!
Chyba, że celem jest produkcja bezmyślnych konsumentów i uległych pracowników.

Myśląc o szkolnictwie wyższym trudno uciec od porównania ze służbą zdrowia. Sytuacja tej drugiej najlepiej chyba ilustruje sposób „reformowania” kraju, jaki przyjęto w Polsce. Sposób ten polega na odtwarzaniu hierarchicznej, zbiurokratyzowanej struktury przy której osiągnięcia „komuchów” należy potraktować, jako skromne i amatorskie. Lekarzy (i instytucje medyczne) przekształcono w delegatury NFZ. Priorytetem stało się kontrolowanie czy dany pacjent ma prawo do uzyskania procedury medycznej, a nie pomoc, misja, ratunek, przysięga Hipokratesa i inne bzdury. A przedtem doprowadzono do absurdu rejonizację rodem z głębokiego PRLu przypisując pacjenta do lekarza rodzinnego w jednym mieście. To, co się dzieje w szkolnictwie wyższym to podłość tego samego rodzaju. Wbrew protestom wprowadzono wadliwą ustawę. Przy okazji, coś tam naprawiono i poprawiono, psując skutecznie całość. Aby uniknąć protestów społeczności akademickiej wymyślono sobie wypisywanie całej masy idiotycznych zupełnie dętych dokumentów (Krajowe Ramy Kwalifikacji zakładają pisanie różnych fantastycznych bajeczek , w których podajemy profesorkowi 20 czasowników, które ma prawo używać. W ten sposób potraktujemy go jak śmiecia, pomiot i idiotę – niech zna swoje miejsce w hierarchii tego kraju).

Ostatnio często wspominam Komunę. Tam – pomimo całej marności systemu – ktoś zainteresowany uczeniem jakiejś egzotycznej dziedziny muzyki (niech to będzie wspomniana już i moja przecież gra klawesynowa) mógł, rezygnując ze splendorów i przywilejów władzy i trzymając się z daleka od bajorka, w którym trwała walka o władzę – liczyć na to, że uniknie błotnej kąpieli. Władza, zgodnie z logiką, unikania otwartego konfliktu, była chyba na tyle inteligentna, że zdawała sobie sprawę z własnej niepopularności w społeczeństwie. Ta władza postępuje inaczej! Tu mamy sytuację taką – Ministerstwo obliguje rektorów i władze uczelni (zazwyczaj pod groźbą kar dyscyplinarnych dla osoby i uczelni) do zobligowania profesorków (również zazwyczaj pod groźbą) do wykonywania bezsensownych prac. Papierów, które potrzebne są tylko w jednym celu; aby „posiadać zabezpieczony” jakikolwiek dowód na piśmie, kiedy komuś warto będzie wkopać. Czytać to będzie chyba tylko nowa-stara, świetlana instytucja – Polska Komisja Akredytacyjna. Jeśli chcesz być profesorem, zależy Ci na tej pracy – musisz zatem zaakceptować prostytuowanie własnego umysłu w dziele zapełniania półek kretyńskimi dokumentami i wspólną kąpiel błotną z wszechogarniającą ten kraj paranoją i głupotą.

Powtarzam jeszcze raz; to podłość oraz kompletny upadek moralny tego kraju i jego władz. Odtworzenie najgorszych cech komuny i zabetonowanie biurokratycznej struktury w stopniu niespotykanym nigdy przedtem.

Chcę być profesorem; chcę uczyć i lubię to robić. Będę pisać co trzeba robiąc dobrą minę do złej gry i starając się, aby mimo wszystko to, co piszę miało jakikolwiek sens. Choćby w ramach idiotycznej stylistyki nowomowy KRK. Ale w ogóle to raczej deklaruję bierny opór i walkę na wszelkich polach. Choćby na tym blogu.

 

 

 

czwartek, 20 czerwca 2013

Prawo czy prawo do decyzji

Dzisiaj znalazłem w necie opinię o tym, że oto dzięki ustawie śmieciowej utoniemy sobie w śmieciach.
Dzisiaj prowadziłem też w mojej uczelni egzaminy wstępne. Moją uwagę zwróciła w różnych dokumentach kuriozalna niekiedy ilość odniesień do konkretnych paragrafów. Zupełnie mi nieznanych, ale niewątpliwie chroniących mnie i moją instytucję. Chodzi o bezpieczeństwo przed ewentualnymi pozwami; w naszej prawnej rzeczywistości każda luka prawna może zostać przecież wykorzystana przez tych przedsiębiorczych geniuszy, którzy w prawnym bełkocie znajdą możliwość osiągnięcia własnego celu. Tak się dzieje, to nie jest wydumane niebezpieczeństwo.
Jednak budując taką tarczę budujemy również świat prawnego absurdu. Pamiętam jeszcze moje czasy studiów w niedemokratycznej i opresyjnej komunie. Tam problemy (przyznaję, nie wszystkie) rozstrzygało słowo dziekana, lub rektora; oczekiwano od tych ludzi podejmowania decyzji i brania za nie odpowiedzialności. Mówię to nie jako sympatyk "komuny" i tamtego porządku. Czasem oficjele tamtych czasów podejmowali decyzje  szkodliwe, może nawet wstrętne, "po linii partyjnej", czasem (często?, czyż ktokolwiek może podjąć się tu statystyki?)  jednak przeciwstawiali się prądowi. Bądź po prostu dawali wyraz jakimś uczuciom, porywowi serca, sumienia... Czasem po prostu decyzja umożliwiała życzliwe załagodzenie jakiegoś konfliktu, czy problemu. Taka decyzja była pewnie czasem pewnym nadużyciem, czy obejściem prawa. Dziwi mnie więc to, że współczesna Polska i wielu znanych mi ludzi nie ceni tych, którzy potrafią podejmować decyzje i brać za nie odpowiedzialność. A już okazanie życzliwości - to dopiero mięczactwo i słabeuszostwo, a nawet więcej - wręcz jakieś zagrożenie dla porządku! (który przecież być musi). Na kierowniczych stanowiskach coraz bardziej cenimy tych, którzy mają "wiedzę prawną" pozwalającą im ukryć się za zasłoną dymną prawa i pseudoprawa. Tych, którzy tłumaczą się "Oczywiście,  z ludzkiego punktu widzenia ta racja jest oczywista. Ale ja tu naprawdę nie mogę pomóc... cóż, takie jest prawo".

Muszę powiedzieć, że w tym potwornym świecie młodej polskiej demokracji, w którym szpitale zajmują się nie leczeniem, a prawnymi motywacjami niemożności przyjęcia pacjenta, a od profesora wyższej uczelni oczekuję się już nie wiedzy, ale znajomości przepisów i pokory wobec ustaw to coś mi nie gra. Właściwie, to od pewnego czasu wszystko mi nie gra.
Ignorantia iuris nocet. Ale jeśli tego bełkotu prawnego jest tyle, że musimy wybierać - znajomość prawa czy kompetencja we własnej dziedzinie - to naprawdę zatraciliśmy stosowną miarę.

Często śmiejemy się z Niemców, że tacy zasadniczy w kwestiach prawa. Bez fantazji zupełnie ...No, nieludzcy... Nie to co my. Serce, miłość bliźniego, współczucie, cierpienie, Matki Polki, Dzieci...
Ale niech no taka Matka Polka, tak serdeczna wobec innych Matek Polek - koleżanek (z którymi serdecznie popija kawkę i rozmawia o Dzieciach) zasiądzie sobie na przykład na Izbie Przyjęć(sorki, obecnie się to chyba nazywa SOR)  i niech no jakiś nieuprawniony chory z niewłaściwą jednostką chorobową bedzie usiłował obejść prawo i dostać się do szpitala!

Nie jest to felieton o Polakach i Niemcach. Muszę jednak powiedzieć, że na niemieckich ulicach obserwuję jakby więcej takiej małej życzliwości na codzień. I jakby mniej niepotrzebnego i głupiego prawa.
Ale to przecież nic odkrywczego ...Wszyscy to doskonale wiemy.
A kiedy mamy możliwość to chętnie tam pojedziemy bo to i żyje się lepiej, i pracuje jakoś też lepiej.

Wiemy. I nic. Kiedy tylko dorwiemy się do władzy sami rozpoczynamy emitowanie kolejnych wskazówek dla innych pt. "Jak żyć aby MI nie przeszkadzać".


Chwalą mnie

Jak każdy próżny nieco muzyk lubię kiedy mnie chwalą. Tym bardziej, że już Francois Couperin pisał, że "akompaniatora" (czytaj : realizatora partii basso continuo) zazwyczaj się nie zauważa. Choć jest on często podporą całej kompozycji.
Na pewno jest tak w wypadku wielogodzinnej opery Haendla; kiedy nie ma np. dwóch klawesynistów i jeden wykonawca musi "trzymać" recytatywy, a do tego wspomaga puls orkiestry w ariach. Konieczność koncentracji przez długi czas. Potem często ogromne zmęczenie.
Rzadko kto jednak określi taką rolę jako "partię solową" (no, bo partia solowa to nie jest, ale trudne i odpowiedzialne zadanie na pewno). I odpowiedzialność sapera (często mówię to moim studentom) - można skutecznie wywrócić bieg wydarzeń i wybić solistów z tonacji. Chwila nieuwagi i dekoncentracji ... i już ...

Tym bardziej miło, że zauważono : orkiestra, precyzyjnie prowadzona przez Adamusa, ze świetnym Markiem Toporowskim za klawesynem !

Więcej na :
http://cjg.gazeta.pl/CJG_Krakow/1,104361,14105965,Opera_Rara__Wielobarwna_Rodelinda.html