Follow by Email

sobota, 29 grudnia 2012

Wojenka na katowickim dworcu


Dworzec w Katowicach jest miejscem niecodziennych zdarzeń.
Dzisiaj na przykład przeżyłem sytuację następującą.

Pociąg InterRegio Przewozów Regionalnych nie został wyświetlony na żadnym z nowo zainstalowanych wyświetlaczy (choć wszelkie inne pociągi tam były...) Zapytałem się w kasie; kasjer udał się w poszukiwaniu informacji w nieznanym kierunku. Po powrocie powiedział, że pociąg pojedzie. Było już za trzy ósma... Powolnym ruchem odliczył resztę, a następnie drobne monety rozłożył na całej szerokości okienka. Wydłubawszy moneta po monecie paznokciami ruszyłem z kopyta.

Zziajany wpadłem na peron trzeci. Stoi pociąg, a wyświetlacz pokazuje : „Proszę słuchać zapowiedzi”. Tyle, że zapowiedzi ani słychu! Ludzie wsiadają do pociągu; pytani czy to pociąg do Warszawy odpowiadają z uśmiechem, że chyba tak. Nikt nie jest jednak pewny. Nigdzie nie ma na ten temat jednoznacznej informacji.

Potem okazało się, że i tak miałem szczęście. W innych kasach uzyskanie informacji o tym, że taki pociąg „fizycznie istnieje” trwało 20 minut.
Ostatecznie pociąg wyjechał z Katowic z 45 minutowym opóźnieniem. Czekaliśmy podobno na... maszynistę.

Ale jeszcze pół godziny po planowym odjeździe pasażerowie nie byli pewni czy siedzą we właściwym pociągu i dopytywali się o to przechodzącej konduktorki.
Muszę jednak przyznać, że to InterRegio (w którym właśnie siedzę) prezentuje się zupełnie nieźle. Za cenę trzykrotnie niższą niż w IC mam nawet gniazdko do komputera. Lubię Przewozy Regionalne, bo ta znienawidzona przez decydentów, regularnie pozbawiana możliwości działania, taboru itp. firma ma czasem przebłyski tego, co zupełnie zatraciło się PKP IC – troski o klienta.

Moje zaciekawienie budzi jednak następujący fakt. Wyświetlacze działają, niewyświetlany jest tylko ten właśnie konkretny pociąg. I to właśnie Przewozów Regionalnych, które jak wiadomo stały się w Katowicach obiektem niezbyt udanej operacji wojennej.

To oznacza, że na nowo (za ciężkie pieniądze zbudowanym) dworcu ktoś prowadzi sobie jakąś własną prywatną wojenkę używając pasażerów jako zakładników. Zadziwiające, że w kraju aspirującym czasem do duchowego przewodnictwa w Europie taka sytuacja jest do pomyślenia.

Stan kolei jest miernikiem poziomu cywilizacyjnego danego kraju. W Polsce, niestety, przyjęło się postrzegać kolej jako przedsiębiorstwo, a nie instytucję użyteczności publicznej i podstawowy wyznacznik stanu infrastruktury. Politycy wszelkiej maści jeżdżą raczej samochodami, a ich znajomość pociągów ogranicza się do wiersza Tuwima. Wielu moich znajomych również przeciera oczy ze zdumienia słysząc w moich ustach słowo „pociąg”. Udało się zniszczyć zwyczaj i kulturę używania kolei; wsiadania w pociąg.
Zainwestowano góry euro w remont dworców i linii kolejowych. Jednocześnie nie pomyślano o tym, że ich celem nie jest tylko sprawne wydanie jak największej ilości pieniędzy unijnych. Zapomniano, że te remonty mają czemuś i komuś służyć. Poczyniono wielki, epokowy krok w dziele odzwyczajania ludzi od jeżdżenia koleją (trzeba być niespełna rozumu aby teraz wsiadać np. do pociągu z Katowic do Krakowa – dzięki prowadzonym na kolei remontom rozwinęła się niezawodna i znacznie lepiej funkcjonująca sieć połączeń autobusowych).
Stąd idące z góry przyzwolenie na to, czego byłem w Katowicach świadkiem.

Rozumiem również , że autor tego, co eufemistycznie określę jako zamieszanie w Katowicach (a co jest po prostu zwykłym kryminałem) pozostanie bezkarny.
Z czystej ciekawości chętnie dowiedziałbym się jednak co tak naprawdę zdarzyło się na nowiutkim dworcu w Katowicach. I kto komu chciał dokopać.

 

 

niedziela, 9 grudnia 2012

O organach wirtualnych i technologii słów kilka jeszcze


Nasze spotkanie wywołało pewne poruszenie w organowym światku.
Wiele dyskusji, reakcji ...

Stąd wydaje mi się, że sprawa zasługuje na jeszcze jeden wpis. Dotyczący strategii ochrony dawnych wartości. Czytaj : dawnych organów.  I naszej reakcji na nowe technologie.

Chyba nikt nie wątpi, że sprawa rekonstrukcji historycznych instrumentów leży mi jak najbardziej na sercu.  Sądzę, że mój poprzedni wpis jest jednoznaczny.
Uważam jednak, że podejście polegające na negowaniu istnienia innych technologii bądź zabranianiu kontaktów jest po prostu nieskuteczne. Chyba wręcz śmieszne. Nie sprawdziło się w wypadku żadnego innego instrumentu (no, klawesyn się jeszcze nieźle broni; dźwięk bardzo nieprzewidywalny...).
Co zatem nam wolno? Możemy tworzyć warunki dla tego, aby te technologie służyły sprawie organów. Definiować sytuacje, w których inwestor ma obowiązek zastosowania dawnej technologii. Nie da się jednak zadekretować zaprzestania badań i rozwoju instrumentarium.

O historyczne organy, ich rekonstruowanie, restytucję, ochronę walczmy zatem mądrze i skutecznie.

A poniżej ciekawostka - nasz klawesyn z podwieszoną klawiaturą pedałową. Może być wykorzystywany również jako kontuar wirtualnych organów.



Zdjęcia towarzyszące temu wpisowi tym razem mojego autorstwa.

Petra Matějova w Katowicach


Czasem wystarczy jeden akord, czy kilka zagranych po sobie dźwięków, aby przekonać się o klasie muzyka.
Tak jest właśnie w wypadku Petry Matějovej, która właśnie prowadzi kurs interpretacji na historycznym fortepianie w katowickiej Akademii Muzycznej. Kilka zagranych przez nią sekwencji (kiedy starała się zilustrować konkretne problemy wykonawcze) było na wagę złota.

Dzisiaj wysłuchaliśmy również wykładu, który bardzo dobrze odpowiadał mojemu ideałowi wykładu (pracy magisterskiej, doktorskiej...):  Virtuosity and question of tempo in the early 19th century. Wykładu, który nie był bełkotem o wszystkim i niczym. Wychodząc od konkretnego przykładu cyklu rapsodii Jana Hugo Vořiška Petra przekazała nam ogrom wiedzy na temat kryteriów doboru właściwego tempa w muzyce wczesnego romantyzmu. Tak naprawdę jednak zmusiła nas do nowego spojrzenia na kwestię doboru tempa w muzyce każdej epoki.
Mamy zatem okazję z pracy z osobą wielkiego formatu - kompetentną; o niezwykłej wiedzy, umiejętnościach i wrażliwości.
Zachęcam do zaglądania na kurs. Nie tylko klawesynistów. Nie tylko pianistów.
Ogromne podziękowania dla Katarzyny Drogosz, która kurs organizuje.

 A tak na marginesie... Gorzka raczej uwaga. Od kilku lat organizuję, współorganizuję i pomagam w organizacji tego typu wydarzeń. Zauważam dziwną prawidłowość, że studenci skrzętnie pomijają właśnie te kursy, które z punktu widzenia ich grania, ich potrzeb, ich problemów przyniosłyby najwięcej korzyści. Jeśli tylko spotkanie dotyczy nominalnie innego instrumentu niż ten przypisany do ich wąskiej specjalności. Klawesynista pominie zatem kurs z wybitnym pianistą; a pianista chętniej zostanie wtłukiwać gamy w domowym zaciszu niż narazi się na ryzyko weryfikacji utartych poglądów.  Organista uważa własny instrument za odmienny od wszystkich innych. Jeśli tylko nie stworzy się planu i nie każe (co za słowo w wolnej podobno umysłowo przestrzeni uczelni, akademii, uniwersytetu) się stawić na konkretną godzinę. Smutne to. Prawdopodobnie wzbogaciła się oferta zajęć, ale ta nieumiejętność studiowania, nieumiejętność wyboru z szerokiej oferty rzeczy potrzebnych jest co najmniej zatrważająca.

Zatem sława tym, którzy byli i widzieli. Oni zwyciężą.
A na osłodę jeszcze  garść spontanicznie wykonanych zdjęć w ciemnej dość Auli im. Szabelskiego.
 



 

 

sobota, 8 grudnia 2012

Mark Caudle i jego consort

Mark to jedna z najpiękniejszych postaci ruchu muzyki dawnej w Polsce. Jest z nami już od ponad dwudziestu lat; ja po raz pierwszy zetknąłem się z nim jako student z zapartym tchem śledzący kurs i koncert zespołu "The Parley of Instruments" Petera Holmana w Łodzi. W jaki sposób "spiknięto" nas potem; już nie pamiętam... W międzyczasie Mark osobiście związał się z Łodzią. A potem często (choć zdecydowanie zbyt rzadko grywaliśmy razem), czasem w duecie.
Już wiele lat temu próbowałem ściągnąć Marka do Katowic. Ale fakt, że ktoś tak wybitny, jeden z pionierów muzyki dawnej jest na miejscu, do wzięcia robił w tamtych czasach wrażenie tylko na mnie. No, może jeszcze na ludziach, którzy wtedy mieli do gadania jeszcze mniej niż ja. Udało mi się dopiero trzy lata temu. Mark na bardzo skromnych warunkach współpracuje z naszą Katedrą Klawesynu i Historycznych Praktyk Wykonawczych. Jest uwielbiany przez studentów, cicho i dyskretnie robi swoje nigdy nie użalając się na coraz gorsze kolejowe połączenia między Łodzią a Katowicami.
Mark posiada fantastyczny dystans i klasę. Nigdy nie słyszałem, aby kogokolwiek wprost krytykował. Przy czym nigdy nie jest to ukrywanie prawdy, czy koniunkturalne milczenie. To po prostu klasa wyrażająca się w skromności i dyskrecji. Mark nie tylko gra (wiola da gamba, wiolonczela); jest również lutnikiem budującym własne instrumenty i doradzającym innym. Ale jest to ktoś, kto własnej wielkości nie okazuje na zewnątrz.
Uważam, że  to nasze niewyobrażalne szczęście , że ktoś tego formatu jest między nami.

I oto w Katowicach - na koncercie 7 grudnia nowe markowe dziecko: sześciu wiolistów zjednoczonych w Newtown Consort (ze wsparciem sopranistki Dagmary Świtacz). Cicha, szlachetna, klimatyczna muzyka.  Bardzo chciałbym, aby ta unikalna w polskich warunkach inicjatywa stworzenia stałego i regularnie grającego consortu przetrwała.



Tego właśnie Markowi życzę. A przy okazji chciałbym mu za to wszystko, co dla nas zrobił i wciąż robi z całego serca podziękować. 


Uchem maskulisty

Scena w metrze.
Żona do męża :

Ludzie wchodzą i wychodzą, a ty tu stoisz jak baran. Ja, Bogu dzięki, nie jestem aż tak nienormalna jak ty.

Dlatego właśnie czasem bywam maskulistą.

piątek, 7 grudnia 2012

Płock. Klawesynista w świecie pianistów

Remanent przeżyć sprzed tygodnia. Dużo się dzieje...
I dużo w tym moim życiu niespodzianek. I to nie takich pojedynczych, izolowanych zaskakujących wydarzeń, a „systemowych” zwrotów akcji. Wydawało się, że film podąża w jakąś stronę, a potem nagle wszystko na abarot.

Ku mojemu zdumieniu w ostatnich latach dużą część mojej aktywności stanowiły zajęcia dla i z pianistami. Zdecydowanie częstsze są te spotkania niż warsztaty dla klawesynistów, organistów, czy cała ta działalność w kręgu tzw. „muzyki dawnej”. Jeśli chcecie zrozumieć dlaczego aż tak bardzo mnie to dziwi to na początek zdradzę mały, choć pikantny szczegół ze szczenięcych moich lat.
Warszawa. Wczesne lata osiemdziesiąte. Audycja szkolna w szkole na Krasińskiego. Gram na fortepianie; chyba recital. Wśród słuchaczy Marietta Kruzel - moja nauczycielka organów. Po koncercie „Gratuluję. Wolę jednak jak grasz na organach”. Uuuups…

A teraz … Znowu grywam na fortepianie (i to nie tylko historycznych jego odmianach); uczę, doradzam, obserwuję... Dotąd nie zdarzyło mi się jeszcze w tej dziedzinie osądzać.
I oto stało się. Tydzień temu : Konkurs Pianistyczny im. Haliny Czerny-Stefańskiej i Ludwika Stefańskiego w Płocku. Dla większości kolegów-jurorów-pianistów na pewno jedno z wielu doświadczeń tego typu. Rutynowe (w dobrym znaczeniu tego słowa). Dla mnie pierwsze; kto wie, może ostatnie ? W dodatku ta świadomość, że przewrotną ideą organizatorów (no dobrze, tym razem będzie z nazwiskami – Mariusza Tytmana) jest właśnie zaproszenie kogoś innego. Różniącego się. Kogoś kto ma mieć z zasady inne zdanie. Cóż, to akurat chyba nie do końca się udało…
Ale pomysł ciekawy i za ten pomysł dziękuję.
Nie będzie tu opisu konkursu, gry uczestników. Wielu z nich mnie zachwyciło; zadziwiło talentem, wrażliwością. To fantastyczne, że można tak grać. Ale nie o tym tutaj... 

Co mi to dało jako klawesyniście? Klawesyn i fortepian są jak dwaj bracia. Przez pewien czas oba instrumenty koegzystowały. Nie ma dwóch odmiennych technik gry na fortepianie i klawesynie; klawesynista rzucający ręką każdy akord i wpychający ręką każdą mocną część taktu (a to przywara nader częsta, co moim studentom chętnie powtarzam) jest kiepskim klawesynistą. Sprawdzian – usiądź i zagraj to samo na fortepianie J... Jeśli nie kontrolujesz, bracie, dynamiki to znaczy, że twoja klawesynowa emisja dźwięku nie jest ok.
Oczywiście muzyka XVIII wieku nie wymaga opanowania wszystkich elementów właściwych XIX-wiecznej pianistyce. Ale grają te same mięśnie, po tak samo (zazwyczaj) ułożonych klawiszach.
Są przynajmniej dwa typy klawesynistów. Ci, którzy uważają, że fortepian jest dla klawesynisty zbędny i inni, którzy z zapałem wspomagają klawiszową technikę elementami gry na fortepianie. Tak jest w moim wypadku. Uważam wręcz, że solowe, koncertowe granie na klawesynie to niejako część nowej, pianistycznej tradycji (albo właśnie tej starej, wspólnej tradycji klawiszowej). Stąd klawesynista pełnymi garściami powinien czerpać z pianistycznych doświadczeń.

A czego pianista może nauczyć się od klawesynisty? Podobno fantazji, swobody, retoryki, recytatywności ...pewnego uwrażliwienia na styl. Realizacji continuo...Słuchania naturalnego rezonansu instrumentu.

Mariusz Tytman to postać nietuzinkowa. Już w momencie wejścia do jego klasy w szkole muzycznej w Płocku widać, że to szczególne miejsce. Fortepian, uczenie fortepianu, ale również orientowanie się w tym całym świecie skomplikowanych zależności; różnych często odmiennych poglądów to jego pasja i misja.

Dlatego dziękuję za to doświadczenie bycia w Płocku. 

 

 

Wirtualne organy


Moja katowicka klasa klawesynu bywa czasem sceną niecodziennych wydarzeń. Często dalekich od kręgu wąsko rozumianej muzyki dawnej. Przyznam się, że wręcz lubię takie sytuacje prowokować uważając, że wyższa uczelnia artystyczna powinna być miejscem żywym i twórczym, a nie wygodną przystanią dla pozbawionych szerszego spojrzenia muzycznych urzędników w krawatach i garniturkach.

W prowadzonych przez nas działaniach badawczych korzystamy z komputerowego programu „Hauptwerk” zapewniającego możliwość dostępu do bardzo zmyślnie spróbkowanych brzmień realnie istniejących organów. Brzmień i, jak się okazało, pewnych parametrów działania, bardzo w realnych warunkach zmiennych. W celu lepszego poznania możliwości systemu zaprosiliśmy do nas pana Ziemowita Brodzikowskiego – przedstawiciela firmy Magnus zajmującego się kompleksową obsługą związanych z programem systemów. Poznaliśmy założenia „ideowe” projektu;  dowiedzieliśmy się, że próbkowanie nie ogranicza się do zdjęcia brzmienia wyizolowanych piszczałek; a zakłada raczej stworzenie emulacji konkretnego instrumentu odtwarzającej jego działanie w konkretnych warunkach. Jest to zatem  instalowanie kompletnych systemów opartych na programie Hauptwerk i „samplesetach” historycznych organów i klawesynów. Ciekawym zagadnieniem jest również poźniejsza ekstensja programu o klawiatury, systemy nagłośnieniowe...

Procedura budzi w środowisku organowym ogromne emocje. Związane jest to przede wszystkim z bardzo dobrą jakością dźwiękową tak uzyskanych instrumentów (znacznie przekraczającą jakość cyfrowych instrumentów elektronicznych poprzedniej generacji) i obawą, że tak stworzone organizmy brzmieniowe stanowić będą konkurencję dla tradycyjnych organów piszczałkowych.

Obawy są oczywiście w dużym stopniu uzasadnione. Problem leży jednak, moim zdaniem, przede wszystkim w braku świadomości estetycznej potencjalnych klientów. Trudno robić zarzut firmie oferującej produkt dobrej jakości. Badania dotyczące tworzenia takich wirtualnych instrumentów są niezwykle interesujące z punktu widzenia akustyki, rozszerzają poza tym również naszą wiedzę na temat funkcjonowania tradycyjnych instrumentów. Projekt prowadzi również do tworzenia kompletnych odwzorowań piszczałkowych instrumentów, które przecież wieczne nie są. Zatem jest to również jeden ze sposobów dbania o to dziedzictwo. Fantastyczne są możliwości edukacyjne; możliwość np. spróbowania utworu Francka z oryginalną registracją (dotykowy ekran wyświetla oryginalny układ kontuaru) możliwą na organach Cavaille-Colla. Dla szkoły dysponującej kilkugłosowym neo- i pseudobarokowym piszczkiem (a taka jest częstokroć sytuacja w Polsce) może to być wartość nie do przecenienia.
Warto jednak zauważyć, że tak budowane instrumenty są w pewnym (wcale nie negatywnym sensie) wtórne. Nie ma organów wirtualnych bez rzeczywiście istniejącego pierwowzoru.

Zagrożenie jest jednak następujące. Im mniej sprzedawanych tradycyjnych instrumentów tym bardziej spadać będzie poziom tradycyjnego organmistrzowskiego rzemiosła. A ponieważ w Polsce poziom ten nie jest aż tak wysoki; dobry produkt organopodobny wyprze średniej jakości "prawdziwy" instrument. To może oznaczać dla organmistrzów brak motywacji do doskonalenia się i poprawiania jakości. Warto zauważyć, że już teraz Polska zalewana jest przez niskiej klasy piszczałkowe instrumenty zdemontowane w Niemczech (choć zdarzają się tu perełki i bardzo świadome przeniesienia). Organmistrzostwo leży u nas na łopatkach. Problem polega również na tym, że dla wielu rządców kościoła już teraz organy to nie organy piszczałkowe, a cokolwiek co ma kontuar i daje ciągły dźwięk... 
Wracamy zatem do zaprezentowanej przeze mnie na początku tezy. Historyczny kościół zasługuje na historyczne, bądź przynajmniej tradycyjnie zbudowane organy. To kwestia kultury, świadomości ... również świadomości tego, że zabytkowy budynek kościelny ze wszystkim co w nim się nie jest prywatnym folwarkiem, a dobrem wspólnej spuścizny.

Trudno walczyć z rozwojem technologii; szczególnie w wypadku, kiedy mamy dop czynienia z technologią wydajną i skuteczną. Musimy jednak mieć rozeznanie gdzie można zastosować nową technologię, a w jakim wypadku jej użycie jest drogą na skróty lub zwykłym barbarzyństwem. Organy wirtualne to organy domowe, edukacyjne, możliwe do zastosowania w nowoczesnych, nowobudowanych kościołach lub w sytuacjach wymagających mobilności instrumentu. Nie zastąpią jednak piszczałkowego instrumentu w zabytkowym wnętrzu. Mało tego; deprecjacja sztuki organmistrzowskiej spowoduje wyschnięcie estetycznego źródła, którym organy wirtualne się żywią.

W jakimś sensie jest to analogiczne do bardzo negatywnie ocenianego przeze mnie rozwoju sztuki fortenpianmistrzowskiej, który doprowadził do sytuacji, w której większość współcześnie budowanych instrumentów to instrumenty drogie dla klienta i możliwie wytanione dla producenta, a jedynie niewielka część z nich jest w stanie sprostać sensownym wymaganiom estetycznym.

Inna refleksja. Właściwie nawet  dygresja luźno związana z wczorajszą prezentacją . Z mojego doświadczenia wynika , że nader często zapamiętali wrogowie dawnych instrumentów są również zapamiętałymi wrogami tych najnowszych technologii. Czy to właśnie akademizm? Smile J

Oddając sprawiedliwość - nie tylko. Czasem, często jest to ofiarna ochrona dawnych wartości.
Mnie osobiście takie nowe możliwości jednak bardzo pociągają, choć sytuuję się wśród zwolenników bezkompromisowej ochrony dawnych instrumentów.
 



 

W każdym razie, jak zawsze w klasie klawesynu w Katowicach, było ciekawie! I tak trzymamy (trzymiemy)!

Zdjęcia wykonał Marek Pilch.

 

 

środa, 5 grudnia 2012

Idzie nowe w Katowicach

Podobnie jak wszyscy podróżujący do Katowic cieszę się niezmiernie z nowej szaty dworca kolejowego, który po latach totalnego zapuszczenia  ma wreszcie szansę stać się miejscem przyjaznym.
Warto przypomnieć, że przez ostatnie 20 lat dworzec NIGDY nie był sprzątany (raz jeden peron z okazji przyjazdu missek...)  i przez całe 20 lat nie udało się naprawić systemu wyświetlanej informacji. To budziobawy o to, czy zarządzający dworcem podołają wyzwaniu.
Niestety na razie wygląda, że moje wątpliwości mają podstawy :


Cóż, wandale ... Kiedy patrzę jednak na zdewastowane wagony, dworce to myślę sobie czasem, że w Polsce to własnie oni prawdziwymi właścicielami kolejowych urządzeń. Ma się wrażenie, że dla kolei jest to państwowe (czytaj: niczyje) mienie. 
Wina jest zatem nie po stronie wandali, bo ci przecież nie wiedzą co czynią ...

Komin do Boga

Mój organowy szlak zawiódł mnie tym razem do Połocka na Białorusi; miasta, które zawsze chciałem zwiedzić między innymi za sprawą osoby Symeona Połockiego – jednego z najznakomitszych poetów polskiego baroku uważanego jednocześnie za twórcę rosyjskiego wiersza sylabicznego; niejako nowożytnej poezji w tym języku. Symeon był wychowankiem  jezuickiego kolegium w Połocku, a potem prawosławnym mnichem, nauczycielem carskich dzieci w Moskwie i autorem projektu oświaty dla Rosji. Połockie muzeum (mieszczące się zresztą w dawnym jezuickim kolegium) przechowuje kopię manuskryptu wiersza, w którym tytuł jest napisany po polsku, a sam wiersz po rosyjsku (za to zapisany nietypowo - „latynką”). Myślę, że byłby to godny patron tego, co między wschodnimi i zachodnimi Słowianami dziać się powinno.

Miasteczko jest malowniczo położone w miejscu połączenia rzek Połoty i Dźwiny; zachowały się liczne zabytki (m.in. owo jezuickie kolegium, kościoły, cerkwie, dworki i urokliwe drewniane domki nad Dźwiną).
 

Jednym z najwspanialszych doznań jest zanurzenie się w ciszy XII-wiecznej cerkiewki klasztoru założonego przez św. Eufrozynę Połocką (kolejny symbol – święta tak katolickiego, jak prawosławnego obrządku...) . Mimo rusztowań i trwającej rekonstrukcji obiektu zwiedzający ma wrażenia oddychania powietrzem głębokiego średniowiecza; niesłychane wrażenie robi również malutka celka, w której Eufrozyna spędzała swoje pobożne życie.
Organistka – Ksenia Pogorelaja, dzięki której znalazłem się w tym cudownym miejscu powiedziała mi, że to właśnie tam czuje bezpośrednią, mistyczną łączność z Bogiem; najkrótszą drogę, komin.
Coś, czego Jej zdaniem brakuje w Soborze św. Sofii – miejscu organowych koncertów. To jedna z najstarszych świątyń prawosławnych (XI wiek); obecnie - muzeum i sala koncertowa.  Oryginalna budowla padła ofiarą wybuchu amunicji w 1710 roku; ale już w 1705 roku miejscowi bazylianie zostali zamordowani za sprawą  pijanego cara – Piotra I (podobno chcąc znieważyć unicką cerkiew zażądał wpuszczenia go za Carskie Wrota). W XVIII wieku świątynię odbudowano w stylu dojrzałego, majestatycznego włosko-wileńskiego baroku. Obecne spustoszenia są już dziełem bliższych nam czasów, choć pewnie fakt przekształcenia świątyni Boga w świątynię sztuki nie jest jeszcze najgorszym losem, jaki może spotkać takie miejsce. Ksenia powiedziała mi, że dla niej zdemolowane i ogołocone z obrazów wnętrze pozbawione jest tej mistyki co spaso-eufrozyński monastyr...a ja miałem wrażenie, że mimo zniszczeń i fizycznego zdekonsekrowania to właśnie sama struktura architektoniczna – mocna i czysta - sprawia, że odczuwamy ów „komin do Boga”.  Może nawet – bez całego barokowego teatrum obrazów i rzeźb – silniej? A może fakt, że takie miejsce trwa mimo wszelkich przejawów ludzkiego barbarzyństwa i okrucieństwa jest też ważnym świadectwem jaśniejszych stron ludzkiego ducha? 

W postsowieckim obszarze sale organowe zazwyczaj znajdują miejsce w dawnych świątyniach. Zadziwiający jest dla mnie ten „głód” i potrzeba organów w Rosji, na Ukrainie i Białorusi...Rozumiana niewątpliwie przez pryzmat wschodniej, prawosławnej wrażliwości... Fascynuje mnie umiejętność tworzenia własnej tradycji organowej, bez zakorzenienia organów w liturgicznej codzienności (choć akurat w Połocku jest też czynny kościół katolicki i wielu katolików).  Fascynujące i piękne dla mnie jest to, że w tych miejscach za każdym razem spotykam zaangażowanych, ciepłych i mądrych ludzi. Nie ukrywam, że to jest właśnie moja ulubiona publiczność. To dla nich najbardziej lubię grać.
Myślę, że w radzieckim świecie (ale może się mylę) takie miejsca – sale koncertowe, miejsca koncertów organowych, może teatry – stanowiły enklawy piękna gromadzące pięknych ludzi. Dzisiejsza rzeczywistość nie jest już mimo wszystko aż tak trudna, ale owo ciepło było tak mocne, że trwa nadal.
 
A ja podróżując w tamtym kierunku szukam wciąż jakiejś utraconej (a teraz odzyskiwanej) części mojej słowiańskiej duszy. Dzisiejsza Polska i znani mi Polacy bardzo mocno orientują się na Zachód. Jakże często wypieramy się wschodniej części naszej tożsamości. Kiedy słucham muzyki kościoła wschodniego to mimo mojego „systemowego” niedowiarstwa słowiańskie słowa wzbudzają we mnie zupełnie inne, bardziej bezpośrednie emocje niż łacińskie (znane mi przecież również) teksty kompozycji europejskich.
Nie warto wypierać się Wschodu. W dużym stopniu jesteśmy jego częścią.

A tak żegnał mnie po koncercie rozświetlony Sofijski Sobor – ciepło i przyjaźnie.
 
 
Przy okazji podziękowania dla wspaniałych i ciepłych ludzi, których spotkałem - Saszy, Ksenii, Raila, Lidii, Leny i jeszcze Leny i ...
 

 
 

sobota, 1 grudnia 2012

O szacunku

Przeczytałem komentarze pod blogiem prof. Jaczewskiego (patrz mój poprzedni wpis). Rzeczywiście, informacja o niszczeniu prac nie jest do końca ścisła.
Niemniej tekst jest jak najbardziej wart refleksji.
Mnie poruszyła w pierwszym rzędzie nietypowa w naszej praktyce uczelnianej (karać, ograniczać, wydać zarządzenie, skontrolować) propozycja rozwiązywania problemu za pomocą działania pozytywnego: premiującego najlepszych, zakładającego zaufanie i poważne potraktowanie kogoś, kto taką pracę pisze.

Studenckie prace pisemne

Pisane przez studentów-muzyków prace są bardzo różne. Niektóre fantastyczne, niektóre stanowią bzdurną kompilację przypadkowych źródeł. Wielu kolegów nie przywiązuje do tej pisaniny żadnej wagi.
Cóż, studenci Akademii Muzycznych muszą i tak uwiarygodnić się na estradzie; praca pisemna jest tylko częścią składową ich egzaminów. Plagiat, czy niemądra praca nie jest zatem 100% dyskwalifikacją absolwenta. Wielu jest wśród nich praktyków; z trudem poruszającym piórem, choć smyczkiem lub palcami wywijają z zawrotną prędkością. Kto wie, może rzeczywiście to zbędny wymóg?
Uważam jednak, że artysta - taki po Akademii nie powinien być li tylko grajkiem. Powinien umieć mówić, dyskutować i pisać o muzyce. Dlatego zachęcam do przekierowania się na poniższy wpis. Pod tezami podpisuję się z pełnym przekonaniem. Jakże często treść nie ma żadnego znaczenia, a recenzent potrafi sprawdzić tylko formalną stronę dziełka. Bardzo celnie autor punktuje ów triumf  metodologii, a właściwie pseudometodologii.
Straszny ten model pracy naukowej zakładający z definicji lipowatość i  wciskanie kitu. Przekazujemy studentom jednoznaczną informację, że wartość naukowa (a może szerzej nauka) to tylko owe zewnętrzne atrybuty.
Tak, publikujmy zatem najlepsze prace! Przecież to oczywiste, że to właśnie POWINNA robić uczelnia.
W tym KAŻDA uczelnia muzyczna.  (dla mnie to oczywiste od wielu już lat, z czego niestety - mimo zaangażowania w sprawy uczelniane - nie wynika nic. Bo przecież to tylko studenci...A do tego muzycy, a nie jacys tam naukowcy.)

http://www.tokfm.pl/blogi/cicer-cum-caule/2012/11/dlaczego_niszczymy_prace_dyplomowe_i_marnujemy_wysilek_tysiecy_mlodych_ludzi_czy_wydajac_tytuly_i_streszczenia_prac_dyplomowych_uczelnie_moga_walczyc_z_plagiatami_i_kupnem_gotowych_prac_/1