sobota, 26 maja 2012


Prawnikalizacja

Do napisania tego posta mocno zainspirowały mnie wypowiedzi Jacka Żakowskiego na temat zjawiska określanego przez niego jako finansjalizacja:
Od 30 lat finansjalizacja dewastuje kolejne sfery życia społecznego. Zamienia pacjenta w klienta, a lekarza w dostawcę usługi medycznej. Ucznia zamienia w nabywcę oferty edukacyjnej, nauczyciela czyni jej wykonawcą. http://wyborcza.pl/1,76842,11012642,ACTA_ad_acta__Co_ma_wspolnego_internet_z_biblioteka.html#ixzz1vyINZHv0
Dążność do przeliczenia każdego pacjenta, każdej medycznej procedury na wzięte z sufitu wartości liczbowe prowadzi do sytuacji absurdalnych. Pacjenci nie mogą zapisać się do lekarza, podczas gdy ten siedzi bezczynnie w gabinecie w czasie opłacanych godzin pracy.
Drugie źródło inspiracji to bardzo interesujący wywiad z publicystą Mykołą Rjabczukiem, jakiego słuchałem w zeszłym roku w BBC Ukrainian (zanim zamknięto tę, z mojego punktu widzenia, najbardziej interesującą ukrajinomowną stację radiową). Użył on terminu – państwo szantażu (szantażystska derżawa). Państwo szantażu to takie państwo, które wydając ogromną ilość aktów prawnych nie stara się ani o ich jakość, ani też nie zapewnia realnych możliwości ich egzekwowania. De facto celem jest stworzenie warunków, w których każdy na podstawie dowolnie dobranego paragrafu może być w dowolnym momencie pociągnięty do odpowiedzialności. Martwe paragrafy ożywają tylko wtedy, kiedy okazują się potrzebne dla realizacji jakiegoś partykularnego interesu. Co prawda, Rjabczuk usytuował Polskę w rodzinie państw praworządnych, niemniej sądzę, że to określenie bardzo dobrze pasuje do wielu praktyk wciąż obecnych w naszym kraju (nie tylko w IV RP).
Stanowienie prawa to nie tylko domena wielkiej polityki i wielkiego świata. Mam wrażenie, że po upadku komunizmu, który był przecież również upadkiem kafkowskiej zgoła biurokracji, władzę dusz w naszym kraju ponownie zawłaszcza myślenie pseudoprawnicze. Hasło ignorantia iuris nocet przy coraz większej ilości aktów prawnych, których znajomość staje się „niezbędna” dla prawidłowego funkcjonowania w różnych obszarach lawinowo wzrasta i uniemożliwia funkcjonowanie ludziom, których paragrafy nie kręcą. Przypominam sobie sytuację, kiedy po wprowadzeniu numerów NIP reprezentujący przecież Państwo Polskie urząd skarbowy mocą całego swojego autorytetu zaczął ścigać nauczycielkę, która pomyłkowo podała w zeznaniu podatkowym inny numer. Sposób załatwienia tej sprawy, zaangażowanie autorytetu demokratycznego skądinąd Państwa w sprawę przeciwko pojedynczemu przecież obywatelowi to dla mnie kompromitacja idei wolności, swoisty akt założycielski państwa opartego na pseudoprawie.
Prawnikalizacja to stanowienie prawa przez małe "p" na poziomie naszego życia codziennego przez domorosłych prawników-amatorów, którzy zamiast poświęcać energię własnej dziedzinie ekscytują się przedziwną mocą dokumentów i dokumencików. Wiele osób posiada jakąś ograniczoną władzę w pewnym obszarze; jakieś uprawnienia uprawniające do redagowania dokumentów wyznaczających pewne normy. Zastępują zatem działanie redagowaniem owych norm. Działalność publiczna przestaje być prezentacją istotnych wartości; emiterzy z powodzeniem emitują prawny badziew, pozostali zaś pływają w tym bagienku sprzecznych i niejasnych bądź jasnych, ale niepotrzebnych regulacji. Dużo energii trzeba zużyć, aby w tych prawnych chaszczach nie utonąć.
Mam wrażenie, że ludzie w Polsce należą do jednej z dwóch skrajnie różnych dwóch grup. Jedni pragną porządku za wszelką cenę. Życia uładzonego niczym dobrze wystrzyżony trawnik. Bardzo denerwują ich ci „inni” - często kreatywni, ale zawsze spóźnieni, wciąż biegający z rozwianymi włosami, potem na czole i nie do końca zawiązanym krawatem. Rzecz jasna, ci pierwsi chcieliby wymusić na tych drugich funkcjonowanie zgodne z przyjętą normą.
Typowym działaniem dla osób z „pierwszej grupy” jest również próba regulowania dowolnej jednostkowej sytuacji, jakiegoś mini-kryzysu za pomocą ogólnej regulacji. To działanie często wydaje się racjonalne, do momentu kiedy zdamy sobie sprawę, że naprawiając jeden mały problem zepsuto kilkadziesiąt innych i wprowadzono bariery tam, gdzie są one zupełnie niepotrzebne. Często stoi za tym również chęć uniknięcia odpowiedzialności za podpisaną własnym nazwiskiem decyzję. Wygodnie schować się za „obiektywnym” aktem normatywnym ...
Mój wpis nie ma na celu pochwały bałaganu.. Nie lubię jednak braku odpowiedzialności, a prawnikalizacja jest dla owej odpowiedzialności fasadą. Jest psuciem życia społecznego i relacji międzyludzkich wynikającym z braku odwagi wyartykułowania własnego zdania. Prawnikalizacja ma miejsce wtedy, kiedy rozwiązując nasze proste życiowe problemy siadamy do klawiatury komputera i redagujemy akt prawny. Nikt nie jest wyłączony, nikt nie ma prawa powiedzieć: „ale mnie to nie interesuje !” Przecież ignorantia iuris nocet. Prawnikalizacja zmusza nas do przyjęcia postawy obronnej i ochrony naszej integralności przed czyhającymi zewsząd ustawami, aktami, zarządzeniami, regulacjami. Zmusza nas wszystkich do zaśmiecania pamięci psedo-wiedzą, zmieniającymi się wciąż regulacjami. Zmienia nas na gorsze.

Brak komentarzy: